poniedziałek, 8 września 2014

Rozdział trzeci

Luke POV

   Po krótkiej, ale bardzo męczącej dla mnie podróży zatrzymaliśmy się pod moim domem. Na podjeździe stało też auto Calum'a, więc na pewno był w domu, możliwe że razem z Ash'em.  Mocno trzasnąłem drzwiami samochodu, nie byłem dość dobry w ukrywaniu emocji, a teraz nawet nie próbowałem tego robić. Gdy wszedłem do domu od razu skierowałem się do "naszego" pokoju.
- Co się dzieje? - rzuciłem ze złością w stronę przyjaciół. Obydwoje siedzieli na kanapie przeglądając coś w laptopach.
- Luke... - oh, no proszę tylko nie to Calum, mów do rzeczy, wiesz że nie lubię się tak cackać, miałem ochotę właśnie to powiedzieć, ale gdy tylko spojrzałem na niego chyba się domyślił co ma robić. - No to mamy mały problem, George znów powrócił. Chuj myśli, że mu ukradłeś te gówno, bo ktoś powiedział że Cię widział. Wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że wiedzą o Jenn a to.. znów może zaszkodzić. - ostatnie słowa wypowiedział ciszej i ze smutkiem w oczach. Jako jedyni wtedy ze mną byli, widzieli co się ze mną działo. W tedy już znałem się z Jenny rok, myślała że jedna z moich kuzynek umarła i musiałem wyjechać na dwa miesiące z miasta by wspierać rodzinę.
- Cholera, cholera.. - podrapałem się w kark, jesteśmy w punkcie X i nic z tym nie można zrobić.
- Koleś tak jakby rozpłynął się w powietrzu. - Ashton wyjrzał z nad swojego laptopa. Kochał go chyba miłością niezniszczalną. Od zawsze lubił komputery i wszytko co się z nimi wiążę, ale odkąd wszedł za mną w to bagno to już przerodziło się w silne uzależnienie. Gdy nie miał go przez dłużej niż dwanaście godzin to wariował.
- A skąd nasz chłopczyk o tym wie? - Mike wyszedł zza rogu z paczką chipsów.
- Pamiętacie tą ostatnią akcję? Podczas niej zamontowałem monitoring. Dwie kamerki nadal się trzymają i mają się bardzo dobrze. Jedna jest przy wejściu od tyłu, a druga przy latarni, tam gdzie zawsze stawiają swoje auta myśląc, że nikt nie wie, że takie miejsce istnieje. No ale idioci trochę się przeliczą.
- Stary spisałeś się, jestem z ciebie dumny. Rozumiem, że mamy rejestrację tego auta i jego twarz? - Miałem nadzieje, że odpowie mi "tak oczywiście" i machnie tą swoją uroczą główką, ale z góry było by to za łatwe.
- Ehh no z tym jest mały problem. Auto nieoznakowane, a facet cały czas był tyłem do kamery, wydaje mi się, że o nich wiedział. To co mogę Ci o nim powiedzieć to to, że jest mało umięśnionym blondasem.
- No tak to jasne. Trudno, poradzimy sobie z tym. - powiedziałem stanowczo obserwując przyjaciół, którzy siedzieli teraz na kanapie tępo się wpatrując w wybrane punkty. - Wchodzicie w to? Znów...
- A-ale jak się nam nie uda, po raz kolejny? - Calum wyglądał jakby zraz miał się rozpłakać, on naprawdę lubił Chelsea, w sumie sam mnie z nią poznał.
- Uda się słyszycie? Tym razem będzie dobrze. Musicie mi tylko pomóc, sam nie dam sobie rady. - wtedy chłopcy jak na zawołanie kiwnęli głowami. Ulżyło mi.
- Nie można przecież zostawiać przyjaciela w potrzebie - Mike podszedł do mnie i mocno przytulił. On nie przytulał tak jak chłopcy czy rodzeństwo, on był taki inny. Szczerze mówiąc w pewnym momencie naszej znajomości myślałem, że on czuje do mnie coś więcej, ale to chyba było tylko moje wyobrażenie. - Uwielbiam Cię - wyszeptał do mojego ucha, szturchając mnie w bok.
- Naprawdę wam dziękuję, jeśli to się uda to będę waszym dłużnikiem do końca tego pieprzonego życia. Jutro spotkajmy się tu z całą resztą sprzętu. George gdzieś musi mieć słaby punkt... A teraz chodźmy może pograć w kosza? Co wy na to?
- Luke, Ty już jesteś naszym dłużnikiem - zaśmiał się blondyn - możemy iść - Ash zamknął swoje "maleństwo" jak to często określał i skierował się do wyjścia, a my razem za nim.

*kolejnego dnia*

Jenny POV

- No powieeedz mi, prooooooszę - siedziałam z zielonooką na ławce w parku, a ona po raz kolejny zaczynała ten temat.
- Eve, wiesz że cię uwielbiam, ale zaczynasz mnie lekko irytować. Ile razy mam ci mówić że nic między nami nie ma, N I C nie czuję do Luke'a. - no chyba prościej nie można było tego już wytłumaczyć.
- No dobrze, ty nic nie czujesz, ale nigdy nie pomyślałaś o tym. że być może on coś do ciebie czuje, prawda? - w sumie miała racje, nigdy o tym nie myślałam. Zawsze było dla mnie jasne, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. Znaczy wiele osób mówiło o nas jak o parze, ale nigdy nie brałam tego do siebie. Nie myślałam o nim jak o kandydacie na chłopaka. Był moim najlepszym przyjacielem, takim starszym bratem, który zawsze dba o swoją "małą" siostrzyczkę
- Jenny! Jesteś? Pytam Cię już chyba piąty raz! -  dziewczyna popatrzyła na mnie z ciekawością w tych jej dużych oczach. Jak kiedyś zapytałam jej się czy nosi soczewki to najpierw mnie wyśmiała a potem się obraziła, ale naprawdę nie mogłam pojąć że można mieć tak duże i intensywnie zielone oczy co jeszcze podkreślały jej długie, ciemne i gęste rzęsy.
- Emm tak jestem. Po prostu się zamyśliłam. Mogłabyś powtórzyć pytanie? - Co innego miałam powiedzieć? Że w sumie nawet nie wiem co jest między nami, że teraz gdy mi o tym powiedziała zaczynam się zastanawiać nad czymś co prawdopodobnie tymczasem nawet nie istnieje?
- Czy pociąga Cię ten kolczyk? - spytała przygryzając wargę.
- Eve! -  krzyknęłam - to mój przyjaciel. Nie wiem. Sądzę że jest fajny, skoro mu się podoba, to mi też.
- Oh z pewnością. Dlatego też patrzyłaś się na swoje z nie wiadomych przyczyn obgryzione paznokcie, zamiast mi w oczy jak odpowiadałaś. - zaśmiała się. Czułam, że się rumienie, zastanawiało mnie jak mocno to widać, moje policzki zawsze w nieodpowiednim czasie się rumieniły.
- Przestań, proszę. Nie przywykłam do takich pytań. - wyjaśniłam ze spokojem, ale w środku kipiałam. Nawet nie wiem dlaczego.W tak krótkim czasie mnie rozgryzła.
- Dobrze, a  tak w ogóle trzeba zrobić coś z twoimi paznokciami. Ja rozumiem, że dość długo spałaś, ale to trzeba ogarnąć. Mam przy sobie parę rzeczy, które mogłyby coś z tym zrobić choć w małym stopniu. - dziewczyna była dość podekscytowana tym, że będzie mogła "upiększyć" moje paznokcie. Szczerze mówiąc było by to dość trudne. Obgryzałam paznokcie od ośmiu lat i nie łatwo było przestać co było wkurzające, bo już nie raz próbowałam z tym skończyć by były piękne tak jak u większości  dziewczyn.
- Jasne! Lubisz to robić? - nic wcześniej nie mówiła o tym co lubiła robić, jak widziała swoją przyszłość i w ogóle.
- Czy Ty sobie ze mnie żartujesz?! - powiedziała oburzona tępo się we mnie wpatrując.
- No przepraszam, nie wiedziałam... - zaczęłam ale natychmiast mi przerwała.
- Dziewczyno, nie ma rzeczy, którą bym bardziej lubiła robić, chyba że gadanie przez telefon i czytanie. Ogólnie chcę być kosmetyczką, wizażystką, stylistą, fryzjerką i każdym kto dba o to jak wygląda człowiek. No bo co jest lepsze od upiększania? - Eve nieźle się nakręciła, w jej oczach pojawił się taki dziki blask, mocno gestykulowała rękami. Mogłam śmiało powiedzieć, że była w swoim żywiole.
- No to chodźmy. Robi mi się już zimno. - słońce niby świeciło, ale chłodny wiatr przebiegał przez moje plecy i przyprawiał o gęsią skórkę. 
Po tym jak weszłyśmy do sali wszytko potoczyło się bardzo szybko. Spod swojego łóżka dziewczyna wyciągnęła średnią walizeczkę, a gdy ją otworzyła byłam w szoku. Nigdy nie widziałam takiej ilości kosmetyków i innych pierdół. Sama dużo tego miałam i lubiłam się malować, ale Eve to pobiła chyba wszystkie rekordy. Moja twarz tylko wyglądała na naturalną, w rzeczywistości tam znajdowała się duża ilość różnorodnych podkładów, pudrów i korektorów. Luke'a zawsze wkurzało to, że jestem choćby leciutko umalowana więc przynosił spryskiwacz pryskał na mnie i rozcierał to na twarzy przez co wyglądałam jak czarownica. Nie miałam więc wyboru, szłam do łazienki i zmywałam wszytko przez co byłam tak jakby "goła" a on zadowolony z siebie mówił "teraz mogę z tobą rozmawiać". Uśmiechnęłam się z myślą o tym i znów popatrzyłam na koleżankę, była tak zajęta przeszukiwaniem walizki, że na szczęście nie zauważyła, że odpłynęłam. Z tego co pamiętam to nie myślałam kiedyś tyle o nim, ale to zapewne przez tą pustkę w głowie, bo teraz moja przeszłość mi się stopniowo przypomina, a go było w niej bardzo dużo.
- To gotowa? - zaczęła coś przy nich majstrować. Nie patrzyłam się, nie lubiłam tego widoku, a nawet nie wiem dlaczego. Jak ktoś piłował paznokcie przez ciało przechodziły mi dreszcze.
- Eve.. skąd wiesz, że kogoś kochasz? - spytałam, zaskakując samą siebie.
- A to kochana jest sprawa której nie da się wyjaśnić, wiesz to i tyle. Jest człowiek i wiesz, że chodzi o niego. Sama nie wiem jak to nazwać. - dziewczyna popatrzyła się na mnie lecz szybko wróciła do moich dłoni. - a czemu pytasz?
- Nie wiem tak jakoś mi się napatoczyło i jestem ciekawa jak to jest, nigdy tak nie miałam... Chociaż nie, to była podajże szósta klasa podstawówki, był tam taki Kacper, miał cudowne niebieskie oczy, ciemne włosy i cerę, był wysoki i chudy, w podstawówce nigdy nie wyznałam mu mojego "uczucia" jeśli tak to można nazwać w wieku trzynastu lat, ale wiem, że to było coś więcej. Jak szłam do nowej szkoły chodziłam smutna  " Idiotko, trzeba było działać, nigdy go już nie zobaczysz, straciłaś swoją szansę", potem trafiłam z nim do jednej klasy w gimnazjum, wyobraź sobie moje szczęście w tamtej chwili. Zbliżała się wycieczka do Londynu, więc postanowiłam tam z nim pogadać, ale jednak nic do mnie nie czuł, no cóż...
- Oj jestem pewna, że kiedyś się jeszcze zakochasz. Czasami nawet człowiek o tym nie wie. - uśmiechnęła się do mnie słabo. Nie chciałam zaczynać znów o tym, że nic do niego nie czuje, bo przecież wiedziałam dobrze o kim mówi.
- Aaa, nie wiem. Ej.. a jak na przykład masz dobrego przyjaciela czym on się różni od chłopaka? - ciekawość mnie przerosła, musiałam wiedzieć.
- O tego to ja ci nie powiem, nigdy nie miałam przyjaciela. Pamiętam, że zawsze marzyłam o takim przystojnym przyjacielu geju. - roześmiałyśmy się - a tak serio to o co chodzi?
- No bo czym to się różni? Tym, że po prostu inaczej cię przedstawi? Będzie mógł pocałować? No nie rozumiem tego. - starałam się mówić anonimowo, ale ona i tak pewnie wiedziała o co mi chodzi.
- Nie wiem, chyba tylko o to chodzi. Może jeszcze to, że łączy was.. przepraszam ICH, prawdziwa miłość - Właśnie mi to wybitnie powiedziała. Już trudno, ufam jej. - Luke? -zapytała po chwili ciszy.
- Tak. Ja.. nie wiem co się dzieje, wszytko się zmieniło.
- Oh no skarbie, spokojnie. Będzie okej, wygląda na porządnego faceta. No i nie ma ukrywać faktu że jest zabójczo przystojny. - mrugnęła do mnie - skończone! Jak ci się podoba?
- Jest świetnie! Naprawdę bardzo, bardzo dziękuję -  popatrzyłam na swoje dłonie. Skórki były chyba wycięte, a paznokcie optycznie wydawały się dłuższe i węższe. Były koloru matowego kremu, a na serdecznych były małe wzroki które dopełniały wszytko. W szoku, że stworzyła coś z niczego, rzuciłam jej się na szyje dziękując - Boże, jeśli ty nie zostaniesz kosmetyczką czy kim tam chciałaś to osobiście ci coś zrobię. Jesteś do tego wprost stworzona, ludzie po szkołach nie umieją czasami zrobić takich rzeczy.
- Bez przesady maleńka. To kwestia wprawy, no i oczywiście musisz to lubić.
- No nie wiem. Ej, kiedy obiad będzie? Głodna jestem. - już mnie lekko ssało. Nie jadłam dziś śniadania, bo były tylko jakieś płatki których nie lubię, a wtedy nie byłam jeszcze głodna.
- Nie wiem, chyba za jakieś pół godziny nam powinni przynieść, a jak chcesz możemy iść na stołówkę co ty na to? Byłaś tam już?
- Nie, ale z przyjemnością bym poszła. Jestem tu świadomie dopiero od sześciu dni, więc oprócz tego piętra i parku nie za bardzo ogarniam szpital. - powiedziałam zgodnie z prawdą i wstałam. - No to chodźmy.
Przechodziliśmy przez korytarze szpitala, nie wiedziałam że jest aż tak duży. Po drodze widziałam kapliczkę, jakąś sale zabaw dla dzieci, co mnie wzruszyło, bo w środku siedziała dziewczynka pewnie chora na białaczkę i już po hemio-terapi, ponieważ nie miała włosów. W końcu dotarliśmy do stołówki, była zbliżona wielkością do takiej szkolnej, ale różniła się kolosalnie. Jej ściany były białe, tak jak podłoga, jedyne co dawało kontrast temu pomieszczeniu to były brązowe stoliki i szafki. Była naprawdę piękna, właśnie ten szpital zmienił moje zdanie. Wszytko tu było czyste i bardzo zadbane, pracownicy uśmiechali się i rozmawiali z pacjentami. Stanęłam  w króciutkiej kolejce do okienka za Eve. Gdy wzięłyśmy nasz posiłek usiadłyśmy do jednego z wielu pustych stolików zaczynając jedzenie. Podobało mi się to, że talerze miały kolor pistacjowy co idealnie zgrywało się z pomieszczeniem.
- I jak ci się podoba? Nieźle co? - dziewczyna spojrzała w moją stronę.
- No szczerze mówiąc wow. Śliczny szpital, większość hoteli nie ma takich luksusów, a co dopiero szpitale. To dziwne. - zastanawiało mnie to czemu tu tak było.
- A to moja kochana jest kwestia tego, że to szpital prywatny. Znaczy mieszkańcy tego miasta mają go można powiedzieć, że za darmo, ale to zdecydowana mniejszość tutaj. Są tu najlepsi lekarze z całego kraju, najnowocześniejsze maszyny czy inne pierdoły. Odlot. - zaśmiała się brunetka patrząc w talerz, ale po chwili jej wzrok utkwił w czymś innym, a raczej kimś, zresztą nie dziwię się jej, przystojny.
- Tak.. - powiedziałam i spojrzałam na chłopaka zbliżającego się do naszego stolika.
- Umm hej, jestem Harry mógłbym się do was dosiąść? - powiedział głębokim głosem uśmiechając się cudownie.
- Tak pewnie - Eve zapanował nad sytuacją widząc, że mnie totalnie zatkało. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Ten głos zelektryzował mnie, ja go znałam.
- Co powiecie dziewczyny? - nastała krótka cisza, ona czekała aż ja coś powiem, a ja aż ona.
- Oh, jestem Eve, a to Jenny. Przepraszam za nią jest.. dość nieśmiała. Miło NAM cię poznać - powiedziała z wielkim uśmiechem na twarzy głośniej mówiąc "nam" bym się ogarnęła.
- Tak, tak miło.. - wydusiłam z siebie. Nagle odechciało mi się jeść, choć prawie nic nie ruszyłam. Byłam na maksa skupiona na tym gdzie już słyszałam ten głos. Przeczesywałam każdy element mojego życia, by się tego dowiedzieć, ale dosłownie nic mi nie świtało.
- Co tutaj sprowadza tak piękne dziewczyny? Choroba, praca, szkoła?
- Niestety choroba. Miałam wypadek, a Jen... ona tak jakby też - wtedy przypomniało mi się, że jeszcze nie rozmawiałam z nią o tym jak się tu znalazła.
- Aha rozumiem.. chyba. - brunet uśmiechnął się słodko. Jego dołeczki były tak piękne, że się rozpływałam. Pewnie wyszłam na idiotkę. Nawinęłam na widelec trochę makaronu ukrywając uśmiech wchodzący mi na twarz. Był dosłownie idealny.
- A ty co tu robisz? - zapytałam gdy poczułam się już trochę pewniej. Chciałam wyciągnąć od niego informacje, które mogłyby mi pomóc przypomnieć sobie skąd go znam.
- Moja babcia tu kiedyś była pacjętką. Teraz mam praktyki więc jakoś postarałem się, by mnie przyjęli. Ten szpital to spełnienie moich marzeń. Chciałbym, żeby kiedyś mnie tu wzięli już jako lekarza.
- Wow, ambitne, powodzenia ci życzę.- chłopak mówił o swoich planach na przyszłość a ja byłam skupiona tylko na tym że jest niesamowity.
- Jej Jenny widzę, że już zjadłaś, idziemy? - Eve spytała, gdy pewnie już za długo wbijałam wzrok w chłopaka. No ale te jego oczy, one były hipnotyzujące a loki...nie będę nawet mówiła.
Awww...
- T-tak, oczywiście. - zgodziłam się z nią odrywając wzrok od chłopaka. Lekko się zaczerwienił i spuścił oczy.  
Oh, mogłabym w nich tonąć.
 Pożegnałyśmy się z Harry'm i wróciłyśmy do pokoju, pomijam fakt iż zdążyłam wleźć w ścianę po drodze.
- Hej! Co Ci się dzieje? - moja współlokatorka zaczęła mi klaskać przed twarzą co chyba miało mnie "wybudzić" dziko uśmiechając się. - No no, co my tu mamy, czyżby słodki Harry wpadł ci w oko? - wiedziałam, że już nie odpuści tego tematu więc wolałam jej nie przeszkadzać. - No wiesz jest mega słodki, ale tak jakoś dziwnie na niego patrzyłaś. Tak jakbyś jednocześnie napawała się jego wyglądem, ale się go bała. Czy ja o czymś nie wiem?
- Oh no wiesz.. ja go znam, tak jakby... Już go gdzieś widziałam - przewróciłam oczami. Boże nie dawał mi teraz spokoju.
- Ej ej ej.. co? Jak to?! - wydarła się.
- No proszę bądź cicho. A jak tu będzie przechodził czy coś? - przestraszyłam się. Teraz trzeba się pilnować, nie chciałabym by usłyszał coś czego nie powinien. Naprawdę chciałam tego uniknąć.
- Okej. No ale podoba ci się tak? Prawda? Mam racje? - chyba za bardzo się podnieciła. Musiałam ją uspokoić.
- Biorąc pod uwagę to, jak wygląda, no to bardzo. Komu by się nie podobał? - powiedziałam zgodnie z prawdą, po prostu nie mogłam sobie wyobrazić jak ktoś mógłby powiedzieć "Nie jest ani trochę przystojny".
- Aww wspaniale. Weź jeszcze sobie wyobraź go sobie w kitlu.. jako lekarz. Mogłabym umrzeć.
- Eve, wszytko okej? Tak no w sumie, zgadzam się.
- Może jak go spotkamy to poprosimy by się nami zaopiekował? No wiesz.. skoro jest praktykantem... Czemu by nie skorzystać? - Jezu gdzie ta dziewczyna ma granice, jest nienormalna.
- Tak tak to świetny pomysł - powiedziałam sarkastycznie, wywracając oczami, czego ona na szczęście nie zauważyła. - Idę chyba spać, jestem zmęczona. Obudź mnie na kolacje. - wymruczałam układając się na łóżku. Widziałam jeszcze jak Eve grzebała w walizce, a potem już tylko odpłynęłam.
________________________________________________________
Ehh no to tak, miałam super wizje, na początku miałam mega wenę a potem stopniowo się gdzieś gubiła. Nie wyszedł taki jaki chciałam ale można powiedzieć że go akceptuje. Sądzę że powoli będziemy wkraczać w akcje bo lubię jak coś się dzieje. A co do systematyczności to nie jestem w tym WCALE dobra więc przepraszam. A jak wam się podoba wątek z Harry'm? Jakoś wyobraziłam sobie go w kitlu i musiał być. No to miłego czytania (mam nadzieje) i proszę o szczerą opinie. To jak mówią chyba wszyscy "BARDZO MOTYWUJE" - Julka xx

    Mi jako autorce rozdział się nawet podoba, ale ocena należy do Was. Bardzo przepraszam, że przestawiłyśmy datę, ale nie miałyśmy dostępu do laptopa. Postaramy się dodawać rozdziały częściej i zadbamy o to by były ciekawsze. - Ola x









wtorek, 26 sierpnia 2014

Rozdział drugi

Luke POV

*2 godziny wcześniej*
Siedziałem i oglądałem kreskówki jedząc chipsy, gdy nagle zadzwonił telefon. Byłem pewny, że to moi koledzy, którzy od dłuższego czasu próbowali mnie wyciągnąć z domu, ale nie miałem na to nastroju. Oni chcieli mnie jakość podnieść, wprawdzie nie specjalnie im to  wychodziło, ale liczą się dobre chęci. Nie miałem najmniejszej ochoty na to, żeby odebrać, jednak irytował mnie ten telefon więc resztkami sił podniosłem się, a raczej to co ze mnie pozostało.
- Halo? 
- Dzień dobry z tej strony doktor Jenny. Poprosił mnie pan, żebym zadzwonił gdy dziewczyna się obudzi. - nie mogłem uwierzyć w to co mówi.
- Tak, tak dziękuję bardzo - niemal wykrzyczałem ze szczęścia. Coś jeszcze mówił ale odłożyłem słuchawkę i chwilę potem już jechałem rowerem do szpitala. Był oddalony od mojego domu jedyne 20 kilometrów, chyba potrzebuję nowego auta, bo już kilka rozwaliłem. Droga szybko mijała, każda minuta przybliżała mnie do przyjaciółki. Gdy już się znalazłem pod szpitalem czas stanął w miejscu.
Rzuciłem rower na trawę podchodząc bliżej wejścia głównego i wyczekując na karetkę. Wszystkie wspólne chwile przeleciały mi przez głowę. Nagle pojawił się ogromny szum. Głośne syreny, krzyki, płacz..  Wyciąganie noszy z dziewczyną szczelnie przykrytą złotą folią. Z karetki wyszła też zapłakana Pani Morgan, cała się trzęsła, to było straszne. Jeszcze wczoraj byliśmy w kinie i świetnie się bawiliśmy, a teraz? Ona walczy o życie. Jej mama zadzwoniła do mnie trzydzieści minut temu i kazała mi czekać pod szpitalem. Co jej strzeliło do głowy? Ona jest dla mnie cholernie ważna. Wiem o niej niemal wszystko, przynajmniej tak mi się wydaje. Często mi się żaliła, jednak ja nie byłem taki otwarty. Rano dostałem od niej sms " Nie mogę tak dalej. Nie mogę, rozumiesz? Żyć z nadzieją, że wszystko się ułoży. To trudne, nie czekaj, nawet bardzo trudne... Spróbuję to jednak ciągnąć, głównie dla Ciebie i moich przyjaciół, tak, tych internetowych. Dziękuję za wszystko. :)" Nie przejąłem się nim jakoś specjalnie, ponieważ często mi tak pisała. To było ogromny błąd.
- Pani Morgan, co się stało?! - zapytałem ze łzami w oczach, ale nie bardzo obchodziło mnie to, że zachowuję się jak baba.
- Jenny chciała.... Jenny miała próbę samobójczą  - jej głos załamywał się coraz bardziej z każdym wypowiedzianym przez nią słowem - ale  nie przejmuj się, to na pewno nie z Twojej winy.
- Właśnie, że z mojej! Jen napisała do mnie rano, gdybym zareagował to do niczego by nie doszło!
- O czym Ty mówisz?
- Nie ważne. Najwidoczniej była Pani zbyt zajęta pracą i zbyt zapatrzona w swojego kochanego męża.
Nie miałem ochoty na dalszą konwersację z mamą Jenny więc pobiegłem do szpitalnej łazienki.
- Kurwa. Kurwakurwakurwakurwa. KURWA!  Ona mnie potrzebowała, a mnie przy niej nie było. Taki ze mnie wspaniały przyjaciel! - wpadłem w szał i uderzyłem pięścią w lustro, a ono robiło się z hukiem na tysiące kawałeczków - okej, nie dobrze...
Na moje nieszczęście do toalety wszedł lekarz.
- Co tu się stało? -  zapytał widząc moją zakrwawioną dłoń.
- Na prawdę chce Pan wiedzieć co się stało? - zapytałem przymrużając oczy i nie czekając na jego jakąkolwiek reakcję odpowiedziałem - w wielkim skrócie moja przyjaciółka walczy o życie, a  ja jestem kompletnym dupkiem, bo gdyby nie moja lekkomyślność i głupota to by do tego doszło!
- Dobrze, rozumiem, a teraz się uspokój. Może potrzebujesz zasięgnąć porady psychologa? Jeśli chcesz mogę Cię do niego... - nie mogłem go już słuchać.
- Za kogo Pan mnie do kurwy ma?
- Słucham?
-Za kogo Pan mnie do kurwy ma? - powtórzyłem, tym razem z akcentem na każde słowo. - nie potrzebuję żadnego psychologa! Rozumie Pan?! Potrzebuję całej i zdrowej Jenny! TU I TERAZ! - wykrzyczałem i wyszedłem ze szpitala  z zamiarem pójścia do domu i spędzenia reszty dnia  na  kanapie przed telewizorem owinięty kocem i z miską chipsów.
Zostawiłem rower pod budynkiem nie fatygując się przypinaniem go do tego czegoś, nawet nie wiem jak to się nazywa. Spokojnym krokiem  skierowałem się do wejścia głównego, a potem do recepcji.
- Dzień dobry, mogę się dowiedzieć w której sali znajduję się Jenny Morgan?
- Tak, oczywiście, niech Pan poczeka, tylko sprawdzę... - uśmiechnęła się kobieta w podeszłym wieku -  sala 215, trzecie piętro, jeśli pójdzie Pan w lewo, a potem na wprost to znajdzie się  Pan przy windzie.
- Dziękuję.
Znalazłem się pod salą Jen. Do tego momentu w środku skakałem ze szczęścia, ale teraz czuję strach. Strach przed tym, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej.
Cóż, zaraz się okażę, co ma być to będzie - pomyślałem i trzęsącą się ręką pociągnąłem za klamkę.

Jenny POV
Chłopak podszedł do mojego łóżka nawet na mnie nie spoglądając i najzwyczajniej w świecie oparł się o nie. Jego oddech był nierówny i szybki, a twarz czerwona, pewnie biegł. Podniósł z szafki kartę pacjenta dokładnie ją lustrując, a potem przeniósł wzrok na maszyny rejestrujące pracę mojego serca i kroplówki.
Luke, proszę spójrz na mnie.
Miałam wrażenie, że gra na czas i  nie ma zamiaru nawiązać ze mną  kontaktu wzrokowego.
Był lekko zgarbiony i dość wysoki. Ubrany był w szarą koszulkę i obcisłe czarne rurki, które i tak nadal były leciutko luźne na jego kościstych nogach.
-  J-ja myślałem, że Cię stracę..- jego niebieskie oczy momentalnie zaszkliły się, a głos załamał.
 Luke usiadł na moim łóżku i złapał mnie za rękę swoją ciepłą dłonią, jednak ja szybką ją zabrałam, chociaż odebrałam to jako przyjacielski gest.
Jego mina wyrażała zdziwienie, a po jego policzku spłynęła pojedyncza łza.
- C-coś nie tak?
- Nie,  jest w porządku, tylko potrzebuję trochę czasu - próbowałam się uśmiechnąć, ale nie mogłam, ponieważ pierwszy raz odkąd się poznaliśmy widziałam jak on płakał.
- Oh, rozumiem... Czy te wszystkie wspomnienia... - próbował dobrać pasujące słowo, a kiedy je odnalazł wyglądał na nieźle przestraszonego - przepadły?
- Nie! One z czasem wrócą,  już wracają. Co nie co pamiętałam jak się obudziłam, ale to było nie wiele... Zobaczysz, będzie jak dawniej.  -  uśmiechnęłam się.
- Jak  dawniej... - powtórzył chłopak. Po kilku sekundach otworzył buzię z zamiarem powiedzenia czegoś, ale przerwał mu wchodzący doktor.
- Dzień dobry dziewczęta, o i dzień dobry Luke. - uśmiechnął się lekarz - nie wiem czy ktoś Pana o  tym poinformował, ale nie można siadać na łóżka pacjentów.
Luke się zaczerwienił, a jego mina była bezcenna.
- Przepraszam, nie wiedziałem, zapamiętam to - wymamrotał z lekkim poirytowaniem po czym wstał.
- Mam iść na jakieś badania? Jeśli tak to już się zbieram.. - przyzwyczaiłam się do tego jak dwa - trzy razy na dzień musiałam na nie chodzić
- Nie, przyszedłem tylko sprawdzić jak się czujesz, widzę że jest dobrze? - spytał a raczej stwierdził z uśmiechem na twarzy. Na prawdę go bardzo polubiłam.
- Tak, nawet  mnie już głowa nie boli.
-  Mam dla Ciebie dobre wieści. Już niedługo będziesz mogła wyjść ze szpitala - powiedział ignorując moje wcześniejsze słowa i wyszedł. Zostaliśmy we trójkę w niezręcznej ciszy. 
- To ja może pójdę do toalety - Eve uśmiechnęła się do mnie mrugając.
- Tak pewnie miłego pobytu w toalecie... - powiedziałam sarkastycznie. Dziewczyna podziękowała i wyszła a ja zostałam z Lukiem sam na sam. Może to dziwne, ale byłam trochę skrępowana tym, że patrzy się na mnie.
- Czemu to zrobiłaś? - no tak, przecież wiedziałam że kiedyś będziemy musieli o tym porozmawiać, bo Luke Robert wszystko wiedzący Hemmings musi znać każdy szczegół z Twojego życia a jeśli nie masz po prostu ochoty go o tym informować gra albo na uczuciach albo nerwach i w taki oto sposób wszytko z Ciebie wyciągnie.
- Przecież dobrze wiesz dlaczego.. - nie miałam ochoty o tym gadać. Jeszcze nie teraz.
- Domyślam się, ale to dla mnie za mało. - milczałam - Rozumiem że nie chcesz o tym gadać prawda? - chciałam coś powiedzieć, ale on zaczął mówić dalej nie czekając na odpowiedź - Bo wiesz tego dnia co wysłałaś do mnie tego sms'a zwyczajnie olałem go, wiele razy już tak pisałaś, a ja wtedy nie byłem w humorze, pokłóciłem się z mamą. Nie wiedziałem że tym razem to prawda, ale j-ja nie chciałem by tak było... Wiem nie jestem zbyt dobrym przyjacielem, znaczy staram się jak tylko mogę ale to mnie czasami przerasta... - z każdym słowem jego głos stawał się cichszy.
- Luke! To nie było przez ciebie jasne? - nie mogłam zrozumieć jak on może myśleć że to przez niego. Chłopak wstał i usiadł na łóżku i..
- Ej! Nie można siadać na łóżkach, zapomniałeś? - zaśmiałam się mimo tej całej sytuacji.
- Pieprzyć to. Chodź tu. - wyciągnął ręce i wciągnął mnie na kolana. - Pamiętasz jak kiedyś przyszłaś do mnie cala zapłakana bo Twój ojciec znów tego chciał? - pokręciłam przecząco głową - a ja tak. Pamiętam też, że myślałem, że go zabiję, eh to znaczy chciałem iść na policję, ale Ty mi nie pozwoliłaś - tak.Wziąłem Cię na kolana tak jak teraz i siedzieliśmy oglądając kreskówki o pingwinach. - byłam w szoku. Myślał, że zabije mojego ojca? Zrobił źle, ale nikt nie zasługuje na śmierć tym bardziej z rąk człowieka.
- Jesteś cudowny, mówiłam ci to już kiedyś? - wtuliłam się w niego i czułam się tak idealnie i słodko, mogłabym tak siedzieć już do końca życia. Desperacko potrzebowałam teraz jego.
- Oczywiście że mówiłaś i to nie raz, w końcu to prawda. - odpowiedział pewnym siebie głosem ale mimo to jego policzki lekko się zaczerwieniły.
- Widzę, że skromność to jedna z Twoich zalet. - zaśmiałam się.
- Mam też wiele innych zalet, a tak na serio to dziękuję.
- Ooo! Czy mnie coś ominęło? Człowiek idzie do toalety na 5 minut przychodzi i zastaje dwójkę ludzi wtulających się w siebie jak kochająca się para. - do sali wpadła Eve z wielkim uśmiechem.
- Ehh proszę Cię przestań. Było mi zimno no i wiesz...
- Noo tak przecież wiem. - przerwała mi brunetka i zaczęła śmiesznie ruszać brwiami co oznaczało, że kompletnie mi nie uwierzyła. 

Luke POV
Gdy dziewczyny sprzeczały się o to, która ma racje dostałem sms'a.
Od Mike: Stary potrzebujemy cię tutaj teraz.
Do Mike: Za 30 minut będę.
Od Mike: Nie, za długo. Gdzie jesteś?
Do Mike: U Jenny. Jestem rowerem nie mogę szybciej.
Od Mike: Okej. Za 5 minut przyjadę pod szpital.
- Luke, co ty robisz? - zapytała Jenny z zaciekawioną miną. Zawsze gdy przy niej brałem telefon do ręki to od razu mi go zabierała mówiąc że nie chce mojego uzależnienia i teraz mam spędzać czas z nią. Uśmiechnąłem się na to wspomnienie, w sumie bardzo mi tego brakowało choć czasami bardzo wkurzało.
- Nic. Muszę już iść, widzimy się jutro?
-Tak. Nie mam zamiaru uciekać ani umierać. - zaśmiała się ale gdy zobaczyła moją minę od razu spoważniała.Od kiedy pamiętam mówiła nieodpowiednie rzeczy w nieodpowiednim czasie.
- Ten żart ci nie wyszedł. Pójdę już.

Szukałem swojego pojazdu, gdy Mike podjechał pod wejście główne. 
- Czego ty szukasz? Rozumu? A zapomniałem, żeby coś zgubić najpierw trzeba to posiadać - on to zawsze wiedział co powiedzieć, ale nigdy nie był zbyt użyteczny. To znaczy był bardzo mądry i zawsze mi doradzał, ale mógłby prędzej zagadać wroga na śmierć niż po prostu go zabić.
- Zamknij się. Nie wiem gdzie jest mój rower.
- Ty to masz zdolność do gubienia rzeczy - zaśmiał się przyjaciel 
- Chyba zajebali mi rower.- powiedziałem z bezradnością w głosie. Kto normalny w biały dzień kradnie rower spod szpitala. Nie był może on wyjątkowo drogi a ja i tak miałem zamiar kupić nowy jednak no to było dziwne. 
- Trudno, wsiadaj. Kupisz sobie nowy. 
- Oh, no dobra - powiedziałem niechętnie wsiadając do auta.
Usłyszałem warkot silnika, a potem ruszyliśmy z piskiem opon.
- Co było, aż takie ważne? - zapytałem, ale nie odpowiedział - Słyszysz mnie? - znowu cisza - Michael'u Gordon'ie Clifford'zie!
 -Dobra słuchaj. Tylko się nie denerwuj. Ja to wszytko odkręcę. - powiedział jedną ręką wykonując ruch jakby chciał się poddać i dając do zrozumienia że on nic nie zrobił.
- Do kurwy Mike, przejdź do rzeczy.- doskonale wiedział że nie jestem osobą z którą można sobie pogrywać i za długo coś zatajać. Wpadam wtedy w szał, nienawidzę tego.
- Greg'owi ukradziono towar. Podejrzewa Ciebie, bo jeden z jego ludzi, a dokładnie Brad, doniósł, że widział Cię jak się tam kręciłeś.- patrzyłem się w przyjaciela i dosłownie nie dowierzałem w to co mówi. Przecież mnie tam nawet nie było od kilku dni a w szczególności wczoraj, siedziałem w domu.
- Co kurwa?- wydarłem się głośniej niż przepuszczałem bo Michael lekko się wystraszył.
- On Ci tego nie odpuści.- uświadomił mi. Przecież on akurat powinien mi wierzyć.
- Do chuja, przecież to nie ja!
- Ja to wiem. Mam złe przeczucie, bardzo złe. Oni wiedzą coś czego nie powinni i mogą to wykorzystać... - w jego głosie można było wyczuć współczucie, mówił cicho jakby bał się to powiedzieć.
- Wysłowiłbyś się. - pośpieszyłem go na co spojrzał na mnie i nerwowo zamrugał, nie lubił jak ktoś go pośpieszał. Wręcz nienawidział tego ale miałem to gdzieś.
- Nie wiedzą kim jest dla Ciebie Jenny, ale wiedzą, że na pewno nie jest Tobie obojętna.
- Co mam do tego Jen? - nie rozumiałem co ona może mieć do tego wszystkiego.
- To, że wychodzi za dwa dni ze szpitala, oni chcą zemsty, a my nie chcemy powtórki. - ta rozmowa zmierzała w bardzo złym dla mnie kierunku, wiedziałem co chce przez to powiedzieć. Że "mam na nią uważać" słyszałem to miliony razy.
- O czym Ty mówisz?
- Już zdążyłeś o niej zapomnieć?  Przecież tyle dla Ciebie znaczyła. - powiedział sarkastycznym tonem. Olśniło mnie, przymknąłem oczy gdy poczułem kłucie w sercu. Nadal tęskniłem nigdy nie przestanę.


- Tu będziesz bezpieczna, czekaj tu na mnie, okej? - wyszeptałem do ucha blondynki. Byliśmy w cieśninie pomiędzy dwoma starymi domami.
- Luke?
- Tak? 
- Obiecaj mi coś. - powiedziała i nachyliła się do mnie bliżej, mogłem teraz poczuć ten cudowny orzeźwiający zapach jakby wiśni i lasu. Uwielbiałem to.
- Zależy co.
- Obiecaj.
- Dobrze, tylko co? - ona zawsze miała dziwne pomysły, nie wiedziałem o co może chodzić.
- Jeśli coś mi się stanie MUSISZ o mnie zapomnieć. - wyszeptała akcentując niektóre słowa. Poczułem się jakby ktoś uderzył mnie z otwartej ręki w twarz. Była odważną i taką dzielną dziewczyną, zawsze chciała pokazać wszystkim że umie być niezależna.
- Nic Ci się nie stanie. - zapewniłem ją, ale bardziej chyba siebie. Moje serce biło szybko i byłem pewny że Chelsea też może je usłyszeć.
- Wierzę Ci, nie zawiedź mnie. - uśmiechnęła się i szybko mnie pocałowała. Starłem z ust jej malinowy błyszczyk i zaśmiałem się.
- Postaram się. - po tych słowach wkroczyłem do akcji. Wyciągnąłem pistolet i rzuciłem się do biegu. Rozejrzałem się dookoła i ostrożnie uchyliłem drzwi. Już miałem celować kiedy nagle okazało się, że jestem sam. Cholera. Jeśli nie ma ich tu, to znaczy, że...
- Chelsea! 
Wszedłem w uliczkę gdzie ją zostawiłem, ale jej tam już nie było wiedziałem że dziewczyna sama by stąd nie odeszła, nie sprawiła by że mógłbym się martwić. Już miałem biec jej szukać, ale na samym końcu ulicy dostrzegłem cień muskularnej sylwetki. To musiał być Greg, od zawsze miałem z nim na pieńku. Skierowałem się w jego stronę, ale on się odwrócił. Przewidział każdy mój ruch.
- No, no, kogo my tu mamy. Sam Lukas Hemmings we własnej osobie długo na Ciebie czekałem. - nawet w słabym świetle mogłem stwierdzić że się uśmiecha, jego szczęka zrobiła się bardziej kanciasta.
- Gdzie ona jest? - wykrzyczałem z pewnością i nadzieją że nie wyczuje lęku w moim głosie.
Greg wyciągnął zza siebie niską blondynkę. Jak mogłem jej nie zauważyć? No tak, ponieważ jest ciemno jak w dupie, a ona nie wydawała żadnych dźwięków. Trzymał ją za włosy, a ja byłem tak zszokowany, że nie mogłem się ruszyć. 
- Puść ją - powiedziałem stanowczo.
- W W11 się bawisz? "Puść ją, puść ją!" - zaśmiał się. Co to W11? Pewnie jeden z tych polskich programów, które ogląda, bo jak sądzi " można się z nich dużo nauczyć, na przykład tego jak sprawić, by śmierć wyglądała jak wypadek, Ty też powinieneś zacząć je oglądać ". Chwilę później uśmiechnął się szerzej, a w ręku trzymał pistolet.
- Gra skończona Hemmings. Pewnie wiesz, że na koniec każdej gry jest zwycięzca, którym jestem ja. Ty przegrałeś.
Usłyszałem huk, a przed moimi oczami zobaczyłem opadające ciało martwej Chelsea. Zawiodłem ją.

- Nie przypiąłeś roweru tym gównem? - Mike jak zawodowo zmienił temat, ale tym razem mu się nie uda.
- On nam grozi, a Ty mi o rowerze gadasz! Iść z Tobą może do lekarza? - to było dla mnie dość dziwne że w większości poważnych sytuacji mogliśmy gadać o swojej głupocie.
- I co mu powiesz? Zresztą nie ważne. Teraz jedziemy do chłopaków obmyślić plan.
- Musimy zrobić wszystko, aby ona była bezpieczna. Nie chcę jej stracić Mike...- do moich oczu napłynęły łzy ale szybko je powstrzymałem, nie mogłem dopuścić by coś jej się stało. Była moim oczkiem w głowie.
- Wiem... Mam pytanie, powiedziałeś jej prawdę? - nie odpowiedziałem, więc kontynuował - zwariowałeś?! Okłamujesz ją odkąd się poznaliście! Ile to będzie? Prawie trzy lata? Ile w tym tkwisz? Prawie cztery.
- Nie mogę jej powiedzieć! Ona mnie zabije, wskrzesi, zabije i wskrzesi, by jeszcze raz mnie zabić! Nie chcę jej w to wplątywać, nie chce robić jej z życia piekła. Przecież sam wiesz jak to jest, przerabialiśmy to już. - bałem się. Okropnie się bałem jej powiedzieć ale jeszcze bardziej bałem się tego że już zawsze będzie obracała się za siebie z myślą że ktoś ją śledzi lub chce zabić.
- Czy Ty siebie słyszysz? Jak myślisz jak zareaguje na to, że zostanie porwana przez jakiegoś psychola? Tak chociaż będzie uważała. - miał sporo racji ale nie wiedział że to wszystko jest bardziej skomplikowane.
- Nikt jej nic nie zrobi, nie pozwolę na to, a wy mi w tym pomożecie, prawda?
- Oczywiście, przecież przyjaciół się nie zostawia.
- Dziękuję...
Dalszą drogę przejechaliśmy w milczeniu, w sumie to dobrze nie miałem ochoty na rozmowę. Właśnie się dowiedziałem, że odzyskałem Jen, a teraz mogę ją znowu stracić, tyle że nieodwracalnie. Nie mogę mu na to pozwolić, nie mogę pozwolić na to by znów wygrał. By zabrał mi Jenny.
____________________________
Na początku chciałam przeprosić, że rozdziały nie są dodawane systematycznie, ale mogę obiecać, że od przyszłego rozdziału to się zmieni. Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, bo to one motywują do dalszej pracy, nawet te negatywne, bo one mówią co trzeba zmienić, aby lepiej się Wam czytało. Przepraszam za wszystkie błędy. Rozdział nie wyszedł do końca tak jak chciałyśmy, ale najgorszy też chyba nie jest. Zresztą ocena należy do was! :) ~ Ola

Ja wiem że rozdział jest dodany po długiej przerwie i chce od razu przeprosić za to. Szczerze to nie myślałam że tak trudno będzie pisać ff w dwie osoby. Każda z nas ma inny styl pisania i inną wizje co stwarza problemy. No nic, mam nadzieję że podoba wam się wygląd bloga. Do następnego rozdziału xx - Julka 

Jeśli przeczytałeś/łaś prosimy Cię, abyś zostawił/ła najmniejszy, choćby negatywny komentarz :)







niedziela, 3 sierpnia 2014

Rozdział pierwszy

Obudziło mnie krzątanie się pielęgniarek po sali. Kręciły się po drugiej stronie pokoju, gdzie w kącie stało puste łóżko.
- Dzień dobry, coś się dzieje? - powiedziałam zaskoczona.
- Dzień dobry, mamy dla ciebie niespodziankę. Będziesz miała współlokatorkę, zaraz powinna przyjść.- powiedziała kobieta. Chwile potem do sali weszła niska dziewczyna
- Cześć, jestem Eve, a ty?
- Z tego co pamiętam nazywam się Jenny.- w jej zielonych oczach ujrzałam zakłopotanie, wyraźnie nie wiedziała co powiedzieć.
-Tak dobrze zapamiętałaś Jenny, Jenny Morgan. Co jeszcze wiesz? - wtrąciła jedna z pielęgniarek. Na jej twarzy pokrytej wieloma zmarszczkami widniał serdeczny uśmiech. Kobieta była w średnim wieku, ciemne loki opadały na jej ramiona a zielone oczy błyszczały, gdy się na nią patrzyło można było stwierdzić że kochała to co robi.
- Hm... mieszkam  w Sydney, mam osiemnaście lat, moim rodzice to Alice i John.- tego byłam stuprocentowo pewna, w jednej chwili prze moimi oczyma zaczęły migać różne wydarzenia z mojego życia.

Były moje dziesiąte urodziny, zaprosiłam całą klasę, a moja mama kupiła mi tort z myszką Minnie, byłam taka szczęśliwa. Miałam na sobie różową sukienkę, był to wtedy mój ulubiony kolor, zwykle rozczochrane włosy tym razem były upięte w kucyka. Spojrzałam na zegar, ponieważ zaczął bić, oznaczało to, że jest godzina dwunasta.
 - Mamo, mamo! Goście zaraz przyjdą. To będą najlepsze urodziny w moim życiu! -wykrzyczałam uradowana.
- Oh córeczko, to z pewnością będą wspaniałe urodziny, ale na pewno nie w całym życiu, przecież całe jeszcze przed tobą. - posłała mi ciepły uśmiech kiedy nagle rozbrzmiał dzwonek do drzwi.

Pielęgniarka spojrzała w moją kartotekę - Hmnn wszystko się zgadza.- na jej twarzy zagościł uśmiech -  zaraz powinien zjawić się lekarz. - dodała po chwili, kładąc tacę na szafce obok mojego łóżka i wyszła. Kątem oka widziałam jak Eve mi się przygląda, więc odwróciłam się w stronę dużego okna, które zajmowało pół ściany. Nie to, że nie chciałam z nią rozmawiać, ale czułam się niezręcznie w tej sytuacji. Obserwowałam obraz za szybą, mogłam wywnioskować, że była wiosna, a obok szpitala znajduje się duży, dziwnie znajomy mi park. Przyglądałam się mu przez dobre parę minut, gdy nagle usłyszałam otwierające się drzwi.
- Witajcie dziewczyny. Jenny jak się czujesz? - mężczyzna koło pięćdziesiątki, okularami na nosie i siwymi włosami zwrócił się do mnie, gdyż Eve rozmawiała z przejęciem przez telefon.
- Dobrze, tylko trochę boli mnie głowa.
- To nic dziwnego, nie martw się. Długo byłaś w śpiączce, nie długo to powinno przejść.
- Wiem że to może dziwnie zabrzmieć, ale nie za bardzo pamiętam jak do tego doszło.
- Twoja mama znalazła cię na podłodze w łazience, połknęłaś bardzo dużo tabletek. Niestety zakrztusiłaś się i nastąpiły komplikacje zapadłaś w śpiączkę byłaś w niej osiem miesięcy. Twój stan był stabilny jednak i tak się nie budziłaś. Teraz przyjmujesz leki, które powinny sprawić że poczujesz się lepiej i wszystko wróci do normy. Musisz tylko dużo odpoczywać... - starałam się zapamiętać jak najwięcej. Wszystko tworzyło się w jedną całość. - A i jeszcze jedno twoi bliscy czekają na korytarzu, możesz do nich iść.
- Przypomnę sobie wszystko?
- Tak, tak z czasem wszystko powinnaś sobie przypomnieć. – po tych słowach kamień spadł mi z serca. – Jeśli będziesz miała jakieś pytania to śmiało.- mężczyzna uśmiechnął się miło i odszedł do zielonookiej. Z jednej strony bardzo cieszę się, że dowiedziałam się kilku naprawdę istotnych informacji, a z drugiej mam teraz jeszcze więcej pytań. Musiałam iść do moich rodziców.
Gdy tylko podniosłam się do pozycji siedzącej złapałam się za głowę ponieważ odczuwałam duże zawroty. Lekarz to chyba zauważył, bo podszedł do mnie. – Zawroty? – kiwnęłam głową – to normalne, długo leżałaś, zawołam pielęgniarkę, ona ci pomoże.
Po paru minutach siostra przyszła i pomogła mi wstać. Było ciężko, moje nogi odmawiały posłuszeństwa zupełnie jakby były z waty, a przed oczami pojawiały się czarne plamki, które po chwili zanikały i znów pojawiały nowe. Po paru krokach, gdy już znaleźliśmy się na korytarz usiadłam na krześle i poczułam ulgę. Rozejrzałam się dookoła lecz nikogo nie było. Mocno oświetlone korytarze ciągnęły się bez końca, a podłoga była pokryta lśniącymi, białymi kafelkami. Rzeczą która była charakterystyczna w tym miejscu były ogromne okna zastępujące ściany. Szpital z pewnością należał do tych nowoczesnych i zadbanych. Na ścianach między drzwiami do sal były obrazki przedstawiające krajobrazy. Niektóre były mi bardzo znane.
-  O witaj córeczko! Jak się czujesz? Przed chwilą rozmawialiśmy z lekarzem,  podobno bardzo bolała cię głowa, już lepiej?
- Cześć mamo, nadal boli, ale już znacznie mniej, a po za tym wszystko w porządku.
- Oh, jestem taka szczęśliwa, że w końcu się obudziłaś!
- Ja też... - wyszeptałam, a moja mama mnie przytuliła.
- Słyszałam, że masz współlokatorkę, Eve, prawda?
- Tak to prawda.
- Jaka jest? Rozmawiałyście już?
- Niska zielonooka brunetka, z tego co wywnioskowałam po jej godzinnych rozmowach przez telefon jest bardzo otwartą i pozytywną osobą. - zaśmiałam się, po czym wymieniłyśmy z moim tatą spojrzenia, jego oczy były puste, nie okazywały żadnych uczuć, ani szczęścia, ani smutku, zresztą tak samo jak on. Chyba przychodzi tu tylko dla matki, z tego co pamiętam, większość czasu przepracowywał, a jak wracał to siadał przed telewizor, albo wychodził na piwo z kolegami. Nic go nie obchodziło, oprócz meczy, pracy, telewizji i oglądaniem się za kobietami oczywiście. Podczas przyglądania się, zauważyłam na jego czole bliznę i wtedy mnie olśniło.
Miałam piętnaście lat. Ubrana w czarne obcisłe rurki, zwykłą białą bokserkę i różowy sweter. Włosy, wtedy krótkie, były rozpuszczone. Czekałam na ojca, aż przyjdzie z tej pieprzonej pracy gdzie mają bardzo pociągające młode stażystki, czyli typ mojego taty. Nigdy nie miałam z nim dobrych kontaktów , ale odkąd mama znalazła go w łóżku z inną "kobietą", choć nie wiem czy można tak nazwać siedemnastolatkę, znienawidziłam go. Usłyszałam otwierające się drzwi więc odwróciłam głowę w ich stronę i ujrzałam nieźle wystawionego, co można poznać po sposobie chodzenia, mojego ojca. Wstałam z zamiarem podejścia do lodówki, a gdy już do niej doszłam zostałam dociśnięta do blatu przez ciężar mojego ojca.
- Jesteś taka bezbronna córeczko ...- wybełkotał.
-Zostaw mnie! - zaczęłam się szarpać, ale on nawet pijany był silniejszy ode mnie.
-Nie mam takiego zamiaru, chcę się tylko zabawić...
- Puść mnie !! - okładałam pięściami jego tors, ale w końcu się poddałam. Po chwili wpadłam na pomysł, naprawdę nie chciałam tego robić, ale byłam zmuszona. Sięgnęłam po szklaną butelkę i z całej siły uderzyłam w jego skroń, po chwili z rany zaczęła ciec krew. Złapał się za głowę, a jego błękitno-zielone oczy przybrały ciemniejszą barwę. Widziałam w nich tylko gniew i chęć zadania mi takiego samego bólu.
- Ty szmato! Pożałujesz! - po tych słowach dostałam w twarz z otwartej ręki, uderzone miejsce od razu zaczęło strasznie piec i na sto procent było czerwone. Kopnęłam go w krocze, na co złapał się za to miejsce. Natychmiast zerwałam się do ucieczki. Kiedy ubiegłam parę metrów usłyszałam "znajdę cie mala suko!" Tak strasznie się bałam. Po paru minutach wycieńczona usiadłam na ławce w parku. Zostałam tam dobre parę godzin i płakałam. Zmęczona tym wszystkim położyłam się na ławce i zasnęłam. Obudziłam się w łóżku, jednak nie moim. Rozglądałam się po pokoju i dostrzegłam stojącego w oknie chłopaka.
- Przywieźliśmy ci trochę ciuchów i innych najpotrzebniejszych rzeczy. Potrzebujesz jeszcze czegoś? - moje rozmyślania przerwała mama. Byłam jej bardzo wdzięczna z tego powodu. Spojrzałam na "Ojca" po tym co mi zrobił i tak miałam wystarczająco dużo szacunku by tak o nim mówić. Brzydziłam się nim. Facet z pozoru pogodny, przystojny a w rzeczywistości taki potwór który chciał zrobić krzywdę swojej jedynej córce.
- Nie, nic mi nie potrzeba mamo. - uśmiechnęłam się słabo akcentując ostatnie słowo.
- To my już będziemy iść, praca czeka. Wpadniemy wieczorem lub jutro. - Pożegnałam się z nimi oschłym "cześć". Ich zachowanie można było określić na dość zimne. To małżeństwo na pierwszy rzut oka nie było idealne, mógł to zauważyć każdy.
- Zapraszam panią na badania. - jedna z pielęgniarek kazała mi wsiąść na wózek. Po ok. 10 minutach byłam już pod salą gdzie miały się one odbyć. Szpital był naprawę duży, wiele wind, sal a jeszcze więcej korytarzy które wiły się w każdą stronę. Jak ci ludzie się tu nie gubili, ja po paru metrach już straciłam orientację.  Po skończonych badaniach wróciłam do pokoju.
-O cześć Jenny! - uśmiechnęła się do mnie brunetka.
- Hej Eve, jak się czujesz? - wymusiłam uśmiech, cały czas krążyło mi po głowie to wspomnienie.
- A dobrze, ale z tego co widzę to Ty nie za bardzo.
- To nic takiego.
- Dawaj, mi możesz powiedzieć, obiecuje, że zostanie to między nami.
Nie wiem czy powinnam ufać osobie, której znam jedynie imię, ale zrobiłam to, najwyżej będę żałować. Opowiadałam jej wszystko co wiem, a ona wysłuchiwała ze skupieniem z bardzo smutną miną. Na koniec mojej przemowy przytuliła mnie z całych sił, a ja schowałam głowę w jej ramieniu i zaczęłam płakać, bo wcześniej nie wypadało.
- Nie boisz się przebywać w towarzystwie twojego ojca? - zaczęła zielonooka, po tym gdy uwolniła mnie z uścisku
- N-n-nie wiem, na pewno czuję się źle kiedy jesteśmy razem w jednym pokoju, ale chyba nie powinien mi nic zrobić na oczach mamy...
-Oh, nie martw się, jeśli chcesz to mogę być wtedy z tobą - uśmiechnęła, na co i ja odpowiedziałam z uśmiechem.
- Nie, nie trzeba. Nie chcę Cię w to wplątywać.
- Nie mam nic ciekawszego do roboty. No dawaj, poznamy się trochę lepiej.
- Oh, no dobrze. - uśmiechnęłam się, myślę, że z Eve nie będzie mi się nudziło. Brunetka zaczęła mi o sobie opowiadać, dowiedziałam się, że ma dziewiętnaście lat, jej rodzice są rozwiedzeni, mieszka z matką w Sydney i ma młodszego brata, który mieszka z jej tatą. Opowieść brunetki przerwały otwierające się drzwi. Do sali wszedł blondyn z mojego wspomnienia. Jak on miał na imię... Lewis? Louis?
-Luke... - wyszeptałam po dłuższym namyśle.
______________________________________
O to pierwszy rozdział :) Mamy świadomość, że nie wyszedł najlepiej, ale z czasem będzie coraz ciekawiej. Bardzo dziękujemy za wszystkie komentarze pod prologiem. Naprawdę przepraszamy za wszelkie błędy.

 Przepraszam, przepraszam bardzo! Pierwszy rozdział a ja już przepraszam, nieźle się zapowiada (wyczuwacie ten sarkazm?). Było to pisane pod presją czasu i pomiędzy nami doszło też do poważniejszego spięcia :/ Ogólnie nawet mi nie szczególnie podoba się ten rozdział jednak będzie coraz lepiej - to mogę obiecać i chyba Olcia też (tak ma na imię 2 autorka). Dziękujemy za każdy jeden komentarz który dodaje wiary w siebie i w to co robisz. Ogólnie to mój pierwszy ff więc jest moim maleńkim oczkiem w głowie :)
Mamy nadzieje że was nie zniechęciłyśmy do dalszego czytania xx


czwartek, 24 lipca 2014

Prolog



   Moje życie nigdy nie przypominało bajki, za jaką uważało je większość moich znajomych. Sądzili, że ładna buzia, dobre oceny i fakt, że mogłam robić praktycznie wszystko, jest wspaniały. Zawsze były jakieś problemy, ale wiadomo każdy w nastoletnim wieku je ma. Ostatnio jednak wszystko zaczęło walić się jeszcze bardziej. Z dnia na dzień było coraz gorzej, przerastało mnie to.
   Siedziałam w łazience na zimnych kafelkach, które przyprawiały moje ciało o dreszcze, bezmyślnie wpatrując się od dłuższego czasu w naszą domową apteczkę, gdzie trzymamy wszystkie leki. Łzy spływały mi po policzkach spadając na obojczyki i znikając, ale już ich nie wycierałam, było mi obojętne, że mnie łaskoczą mnie, spływając w dół. Było cicho i spokojnie, a we mnie szalała burza, ogromna burza, której nie mogłam przerwać choć bardzo chciałam, czułam się bezsilna nawet względem własnego ciała i myśli. Nagle coś we mnie pękło i w jednej chwili byłam już przy apteczce, przeszukując szybko jej zawartość i wyciągając wszystkie tabletki na podłogę trzęsącymi się rękami. Gdy już miałam wystarczającą ilość pudełek wróciłam na swoje dawne miejsce i oparłam się o brzeg wanny. Powoli zaczęłam wysypywać wszystkie na rękę, dziko się w nie wpatrując jakby zaraz miały zniknąć, gdy stracę czujność. Zanim zdążyłam ponownie przemyśleć to co chciałam zrobić już połykałam jedną po drugiej, moi internetowi przyjaciele jako jedyni wiedzieli o moich zamiarach, rozumieli mnie. Gdy już pochłonęłam większą połowę, jedna stanęła mi w gardle. Zaczęłam się krztusić. Potem wszystko się zamazało. Nie czułam już nic.

*8 miesięcy później*
     Obudziłam się w pomieszczeniu o białych ścianach i umeblowaniu. Byłam przypięta do różnorodnych urządzeń. Do sali weszli ludzie. Starsza para i jak mogłam się domyślić lekarz.
- Nareszcie się pani obudziła, witamy z powrotem – uśmiechnął się doktor. Mój wyraz twarzy chyba mówił sam za siebie, bo ze łzami w oczach podeszła do mojego łóżka Pani i położyła mi rękę na ramieniu.
-Obudziłaś się po 8 miesiącach śpiączki córeczko. –powiedziała, byłam w szoku.

W mojej głowie jest pustka. Tak jakby ktoś wziął  i wymazał wszystko co kiedyś się zdarzyło. Nie wiem kim jestem, gdzie i kim są ludzie dookoła mnie. Teraz muszę odnaleźć dawną siebie. Przypomnieć całe życie. Nie wiem jak to zrobię, ale nie mogę być dziewczyną bez przeszłości.
______________________________________
         Prolog nie należy do najdłuższych, ale mamy nadzieję, że choć troszkę was zaciekawił. Szablon jest już prawie gotowy i pojawi się wraz z pierwszym rozdziałem. Jeśli pomysł na to fanfiction wam się spodobał, prosimy byście zostawili po sobie ślad w postaci komentarza, to bardzo motywuje. :)