*2 godziny wcześniej*
Siedziałem i oglądałem kreskówki jedząc
chipsy, gdy nagle zadzwonił telefon. Byłem pewny, że to moi koledzy, którzy od
dłuższego czasu próbowali mnie wyciągnąć z domu, ale nie miałem na to
nastroju. Oni chcieli mnie jakość podnieść, wprawdzie nie specjalnie im to wychodziło, ale liczą się dobre chęci. Nie
miałem najmniejszej ochoty na to, żeby odebrać, jednak irytował mnie ten telefon więc
resztkami sił podniosłem się, a raczej
to co ze mnie pozostało.
- Halo?
- Dzień dobry z tej strony doktor Jenny. Poprosił mnie pan, żebym zadzwonił gdy dziewczyna się obudzi. - nie mogłem uwierzyć w to co
mówi.
- Tak, tak dziękuję bardzo - niemal
wykrzyczałem ze szczęścia. Coś jeszcze mówił ale odłożyłem słuchawkę i chwilę potem już jechałem rowerem do szpitala. Był
oddalony od mojego domu jedyne 20 kilometrów, chyba potrzebuję nowego auta, bo już kilka rozwaliłem. Droga szybko mijała, każda
minuta przybliżała mnie do przyjaciółki. Gdy już się znalazłem pod szpitalem
czas stanął w miejscu.
Rzuciłem rower na trawę podchodząc bliżej
wejścia głównego i wyczekując na karetkę. Wszystkie wspólne chwile przeleciały
mi przez głowę. Nagle pojawił się ogromny szum. Głośne syreny, krzyki,
płacz.. Wyciąganie noszy z dziewczyną
szczelnie przykrytą złotą folią. Z karetki wyszła też zapłakana Pani Morgan,
cała się trzęsła, to było straszne. Jeszcze wczoraj byliśmy w kinie i świetnie
się bawiliśmy, a teraz? Ona walczy o życie. Jej mama zadzwoniła do mnie trzydzieści minut temu i kazała mi czekać pod szpitalem. Co jej strzeliło do
głowy? Ona jest dla mnie cholernie ważna. Wiem o niej niemal wszystko,
przynajmniej tak mi się wydaje. Często mi się żaliła, jednak ja nie byłem taki
otwarty. Rano dostałem od niej sms " Nie mogę tak dalej. Nie mogę, rozumiesz? Żyć z nadzieją, że wszystko się ułoży. To trudne, nie czekaj, nawet bardzo trudne... Spróbuję to jednak ciągnąć, głównie dla Ciebie i moich przyjaciół, tak, tych internetowych. Dziękuję za wszystko.
:)" Nie przejąłem się nim jakoś specjalnie, ponieważ często mi tak pisała.
To było ogromny błąd.
- Pani Morgan, co się stało?! - zapytałem
ze łzami w oczach, ale nie bardzo obchodziło mnie to, że zachowuję się jak
baba.
- Jenny chciała.... Jenny miała próbę samobójczą -
jej głos załamywał się coraz bardziej z każdym wypowiedzianym przez nią słowem
- ale nie przejmuj się, to na pewno nie
z Twojej winy.
- Właśnie, że z mojej! Jen napisała do
mnie rano, gdybym zareagował to do niczego by nie doszło!
- O czym Ty mówisz?
- Nie ważne. Najwidoczniej była Pani zbyt
zajęta pracą i zbyt zapatrzona w swojego kochanego męża.
Nie miałem ochoty na dalszą konwersację z
mamą Jenny więc pobiegłem do szpitalnej łazienki.
- Kurwa. Kurwakurwakurwakurwa.
KURWA! Ona mnie potrzebowała, a mnie
przy niej nie było. Taki ze mnie wspaniały przyjaciel! - wpadłem w szał i uderzyłem pięścią w lustro, a ono robiło się z
hukiem na tysiące kawałeczków - okej, nie dobrze...
Na moje
nieszczęście do toalety wszedł lekarz.
- Co tu się stało? - zapytał widząc moją zakrwawioną dłoń.
- Na prawdę chce Pan wiedzieć co się
stało? - zapytałem przymrużając oczy i nie czekając na jego jakąkolwiek reakcję
odpowiedziałem - w wielkim skrócie moja przyjaciółka walczy o życie, a ja jestem kompletnym dupkiem, bo gdyby nie
moja lekkomyślność i głupota to by do tego doszło!
- Dobrze, rozumiem, a teraz się uspokój.
Może potrzebujesz zasięgnąć porady psychologa? Jeśli chcesz mogę Cię do niego...
- nie mogłem go już słuchać.
- Za kogo Pan mnie do kurwy ma?
- Słucham?
-Za kogo Pan mnie do kurwy ma? -
powtórzyłem, tym razem z akcentem na każde słowo. - nie potrzebuję żadnego
psychologa! Rozumie Pan?! Potrzebuję całej i zdrowej Jenny! TU I TERAZ! -
wykrzyczałem i wyszedłem ze szpitala z
zamiarem pójścia do domu i spędzenia reszty dnia na
kanapie przed telewizorem owinięty kocem i z miską chipsów.
Zostawiłem rower pod budynkiem nie
fatygując się przypinaniem go do tego czegoś, nawet nie wiem jak to się nazywa. Spokojnym krokiem skierowałem się do wejścia głównego, a potem
do recepcji.
- Dzień dobry, mogę się dowiedzieć w
której sali znajduję się Jenny Morgan?
- Tak, oczywiście, niech Pan poczeka,
tylko sprawdzę... - uśmiechnęła się kobieta w podeszłym wieku - sala 215, trzecie piętro, jeśli pójdzie Pan w
lewo, a potem na wprost to znajdzie
się Pan przy windzie.
- Dziękuję.
Znalazłem się pod salą Jen. Do tego momentu
w środku skakałem ze szczęścia, ale teraz czuję strach. Strach przed tym, że już nigdy nie będzie tak
jak dawniej.
Cóż, zaraz się okażę, co ma być to będzie - pomyślałem i trzęsącą się ręką pociągnąłem za klamkę.
Jenny POV
Chłopak podszedł do mojego łóżka nawet na
mnie nie spoglądając i najzwyczajniej w świecie oparł się o nie. Jego oddech
był nierówny i szybki, a twarz czerwona, pewnie biegł. Podniósł z szafki kartę
pacjenta dokładnie ją lustrując, a potem przeniósł wzrok na maszyny
rejestrujące pracę mojego serca i kroplówki.
Luke, proszę spójrz na mnie.
Miałam wrażenie, że gra na czas i nie ma zamiaru nawiązać ze mną kontaktu wzrokowego.
Był lekko zgarbiony i dość wysoki. Ubrany był w szarą koszulkę i obcisłe czarne rurki, które i tak nadal były leciutko
luźne na jego kościstych nogach.
-
J-ja myślałem, że Cię stracę..- jego niebieskie oczy momentalnie
zaszkliły się, a głos załamał.
Luke usiadł na moim łóżku i złapał mnie za rękę swoją
ciepłą dłonią, jednak ja szybką ją zabrałam, chociaż odebrałam to jako przyjacielski
gest.
Jego mina wyrażała zdziwienie, a po jego
policzku spłynęła pojedyncza łza.
- C-coś nie tak?
- Nie,
jest w porządku, tylko potrzebuję trochę czasu - próbowałam się
uśmiechnąć, ale nie mogłam, ponieważ pierwszy raz odkąd się poznaliśmy
widziałam jak on płakał.
- Oh, rozumiem... Czy te wszystkie
wspomnienia... - próbował dobrać pasujące słowo, a kiedy je odnalazł wyglądał
na nieźle przestraszonego - przepadły?
- Nie! One z czasem
wrócą, już wracają. Co nie co pamiętałam
jak się obudziłam, ale to było nie wiele... Zobaczysz, będzie jak dawniej. -
uśmiechnęłam się.
- Jak
dawniej... - powtórzył chłopak. Po kilku sekundach otworzył buzię z
zamiarem powiedzenia czegoś, ale przerwał mu wchodzący doktor.
- Dzień dobry dziewczęta, o i dzień dobry Luke. - uśmiechnął się lekarz - nie wiem czy ktoś Pana o tym poinformował, ale nie można siadać
na łóżka pacjentów.
Luke się zaczerwienił, a jego mina była
bezcenna.
- Przepraszam, nie wiedziałem, zapamiętam to -
wymamrotał z lekkim poirytowaniem po czym wstał.
- Mam iść na jakieś badania? Jeśli tak to już się zbieram.. - przyzwyczaiłam się do tego jak dwa - trzy razy na dzień musiałam na nie chodzić
- Mam iść na jakieś badania? Jeśli tak to już się zbieram.. - przyzwyczaiłam się do tego jak dwa - trzy razy na dzień musiałam na nie chodzić
- Nie, przyszedłem tylko sprawdzić
jak się czujesz, widzę że jest dobrze? - spytał a raczej stwierdził z uśmiechem na twarzy. Na prawdę go bardzo polubiłam.
- Tak, nawet mnie już głowa nie boli.
- Mam dla Ciebie dobre wieści. Już niedługo będziesz mogła wyjść ze szpitala - powiedział ignorując moje wcześniejsze słowa i wyszedł. Zostaliśmy we trójkę w niezręcznej ciszy.
- To ja może pójdę do toalety - Eve uśmiechnęła się do mnie mrugając.
- Tak pewnie miłego pobytu w toalecie... - powiedziałam sarkastycznie. Dziewczyna podziękowała i wyszła a ja zostałam z Lukiem sam na sam. Może to dziwne, ale byłam trochę skrępowana tym, że patrzy się na mnie.
- Czemu to zrobiłaś? - no tak, przecież wiedziałam że kiedyś będziemy musieli o tym porozmawiać, bo Luke Robert wszystko wiedzący Hemmings musi znać każdy szczegół z Twojego życia a jeśli nie masz po prostu ochoty go o tym informować gra albo na uczuciach albo nerwach i w taki oto sposób wszytko z Ciebie wyciągnie.
- Przecież dobrze wiesz dlaczego.. - nie miałam ochoty o tym gadać. Jeszcze nie teraz.
- Domyślam się, ale to dla mnie za mało. - milczałam - Rozumiem że nie chcesz o tym gadać prawda? - chciałam coś powiedzieć, ale on zaczął mówić dalej nie czekając na odpowiedź - Bo wiesz tego dnia co wysłałaś do mnie tego sms'a zwyczajnie olałem go, wiele razy już tak pisałaś, a ja wtedy nie byłem w humorze, pokłóciłem się z mamą. Nie wiedziałem że tym razem to prawda, ale j-ja nie chciałem by tak było... Wiem nie jestem zbyt dobrym przyjacielem, znaczy staram się jak tylko mogę ale to mnie czasami przerasta... - z każdym słowem jego głos stawał się cichszy.
- Luke! To nie było przez ciebie jasne? - nie mogłam zrozumieć jak on może myśleć że to przez niego. Chłopak wstał i usiadł na łóżku i..
- Ej! Nie można siadać na łóżkach, zapomniałeś? - zaśmiałam się mimo tej całej sytuacji.
- Pieprzyć to. Chodź tu. - wyciągnął ręce i wciągnął mnie na kolana. - Pamiętasz jak kiedyś przyszłaś do mnie cala zapłakana bo Twój ojciec znów tego chciał? - pokręciłam przecząco głową - a ja tak. Pamiętam też, że myślałem, że go zabiję, eh to znaczy chciałem iść na policję, ale Ty mi nie pozwoliłaś - tak.Wziąłem Cię na kolana tak jak teraz i siedzieliśmy oglądając kreskówki o pingwinach. - byłam w szoku. Myślał, że zabije mojego ojca? Zrobił źle, ale nikt nie zasługuje na śmierć tym bardziej z rąk człowieka.
- Jesteś cudowny, mówiłam ci to już kiedyś? - wtuliłam się w niego i czułam się tak idealnie i słodko, mogłabym tak siedzieć już do końca życia. Desperacko potrzebowałam teraz jego.
- Oczywiście że mówiłaś i to nie raz, w końcu to prawda. - odpowiedział pewnym siebie głosem ale mimo to jego policzki lekko się zaczerwieniły.
- Widzę, że skromność to jedna z Twoich zalet. - zaśmiałam się.
- Mam też wiele innych zalet, a tak na serio to dziękuję.
- Ooo! Czy mnie coś ominęło? Człowiek idzie do toalety na 5 minut przychodzi i zastaje dwójkę ludzi wtulających się w siebie jak kochająca się para. - do sali wpadła Eve z wielkim uśmiechem.
- Ehh proszę Cię przestań. Było mi zimno no i wiesz...
- Noo tak przecież wiem. - przerwała mi brunetka i zaczęła śmiesznie ruszać brwiami co oznaczało, że kompletnie mi nie uwierzyła.
Luke POV
Gdy dziewczyny sprzeczały się o to, która ma racje dostałem sms'a.
Od Mike: Stary potrzebujemy cię tutaj teraz.
Do Mike: Za 30 minut będę.
Od Mike: Nie, za długo. Gdzie jesteś?
Do Mike: U Jenny. Jestem rowerem nie mogę szybciej.
Od Mike: Okej. Za 5 minut przyjadę pod szpital.
- Luke, co ty robisz? - zapytała Jenny z zaciekawioną miną. Zawsze gdy przy niej brałem telefon do ręki to od razu mi go zabierała mówiąc że nie chce mojego uzależnienia i teraz mam spędzać czas z nią. Uśmiechnąłem się na to wspomnienie, w sumie bardzo mi tego brakowało choć czasami bardzo wkurzało.
- Nic. Muszę już iść, widzimy się jutro?
-Tak. Nie mam zamiaru uciekać ani umierać. - zaśmiała się ale gdy zobaczyła moją minę od razu spoważniała.Od kiedy pamiętam mówiła nieodpowiednie rzeczy w nieodpowiednim czasie.
- Ten żart ci nie wyszedł. Pójdę już.
Szukałem swojego pojazdu, gdy Mike podjechał pod wejście główne.
- Czego ty szukasz? Rozumu? A zapomniałem, żeby coś zgubić najpierw trzeba to posiadać - on to zawsze wiedział co powiedzieć, ale nigdy nie był zbyt użyteczny. To znaczy był bardzo mądry i zawsze mi doradzał, ale mógłby prędzej zagadać wroga na śmierć niż po prostu go zabić.
- Zamknij się. Nie wiem gdzie jest mój rower.
- Ty to masz zdolność do gubienia rzeczy - zaśmiał się przyjaciel
- Chyba zajebali mi rower.- powiedziałem z bezradnością w głosie. Kto normalny w biały dzień kradnie rower spod szpitala. Nie był może on wyjątkowo drogi a ja i tak miałem zamiar kupić nowy jednak no to było dziwne.
- Trudno, wsiadaj. Kupisz sobie nowy.
- Oh, no dobra - powiedziałem niechętnie wsiadając do auta.
Usłyszałem warkot silnika, a potem ruszyliśmy z piskiem opon.
- Co było, aż takie ważne? - zapytałem, ale nie odpowiedział - Słyszysz mnie? - znowu cisza - Michael'u Gordon'ie Clifford'zie!
-Dobra słuchaj. Tylko się nie denerwuj. Ja to wszytko odkręcę. - powiedział jedną ręką wykonując ruch jakby chciał się poddać i dając do zrozumienia że on nic nie zrobił.
- Do kurwy Mike, przejdź do rzeczy.- doskonale wiedział że nie jestem osobą z którą można sobie pogrywać i za długo coś zatajać. Wpadam wtedy w szał, nienawidzę tego.
- Greg'owi ukradziono towar. Podejrzewa Ciebie, bo jeden z jego ludzi, a dokładnie Brad, doniósł, że widział Cię jak się tam kręciłeś.- patrzyłem się w przyjaciela i dosłownie nie dowierzałem w to co mówi. Przecież mnie tam nawet nie było od kilku dni a w szczególności wczoraj, siedziałem w domu.
- Co kurwa?- wydarłem się głośniej niż przepuszczałem bo Michael lekko się wystraszył.
- On Ci tego nie odpuści.- uświadomił mi. Przecież on akurat powinien mi wierzyć.
- Do chuja, przecież to nie ja!
- Ja to wiem. Mam złe przeczucie, bardzo złe. Oni wiedzą coś czego nie powinni i mogą to wykorzystać... - w jego głosie można było wyczuć współczucie, mówił cicho jakby bał się to powiedzieć.
- Wysłowiłbyś się. - pośpieszyłem go na co spojrzał na mnie i nerwowo zamrugał, nie lubił jak ktoś go pośpieszał. Wręcz nienawidział tego ale miałem to gdzieś.
- Nie wiedzą kim jest dla Ciebie Jenny, ale wiedzą, że na pewno nie jest Tobie obojętna.
- Co mam do tego Jen? - nie rozumiałem co ona może mieć do tego wszystkiego.
- To, że wychodzi za dwa dni ze szpitala, oni chcą zemsty, a my nie chcemy powtórki. - ta rozmowa zmierzała w bardzo złym dla mnie kierunku, wiedziałem co chce przez to powiedzieć. Że "mam na nią uważać" słyszałem to miliony razy.
- O czym Ty mówisz?
- Już zdążyłeś o niej zapomnieć? Przecież tyle dla Ciebie znaczyła. - powiedział sarkastycznym tonem. Olśniło mnie, przymknąłem oczy gdy poczułem kłucie w sercu. Nadal tęskniłem nigdy nie przestanę.
- Tu będziesz bezpieczna, czekaj tu na mnie, okej? - wyszeptałem do ucha blondynki. Byliśmy w cieśninie pomiędzy dwoma starymi domami.
- Luke?
- Tak?
- Obiecaj mi coś. - powiedziała i nachyliła się do mnie bliżej, mogłem teraz poczuć ten cudowny orzeźwiający zapach jakby wiśni i lasu. Uwielbiałem to.
- Zależy co.
- Obiecaj.
- Dobrze, tylko co? - ona zawsze miała dziwne pomysły, nie wiedziałem o co może chodzić.
- Jeśli coś mi się stanie MUSISZ o mnie zapomnieć. - wyszeptała akcentując niektóre słowa. Poczułem się jakby ktoś uderzył mnie z otwartej ręki w twarz. Była odważną i taką dzielną dziewczyną, zawsze chciała pokazać wszystkim że umie być niezależna.
- Nic Ci się nie stanie. - zapewniłem ją, ale bardziej chyba siebie. Moje serce biło szybko i byłem pewny że Chelsea też może je usłyszeć.
- Wierzę Ci, nie zawiedź mnie. - uśmiechnęła się i szybko mnie pocałowała. Starłem z ust jej malinowy błyszczyk i zaśmiałem się.
- Postaram się. - po tych słowach wkroczyłem do akcji. Wyciągnąłem pistolet i rzuciłem się do biegu. Rozejrzałem się dookoła i ostrożnie uchyliłem drzwi. Już miałem celować kiedy nagle okazało się, że jestem sam. Cholera. Jeśli nie ma ich tu, to znaczy, że...
- Chelsea!
Wszedłem w uliczkę gdzie ją zostawiłem, ale jej tam już nie było wiedziałem że dziewczyna sama by stąd nie odeszła, nie sprawiła by że mógłbym się martwić. Już miałem biec jej szukać, ale na samym końcu ulicy dostrzegłem cień muskularnej sylwetki. To musiał być Greg, od zawsze miałem z nim na pieńku. Skierowałem się w jego stronę, ale on się odwrócił. Przewidział każdy mój ruch.
- No, no, kogo my tu mamy. Sam Lukas Hemmings we własnej osobie długo na Ciebie czekałem. - nawet w słabym świetle mogłem stwierdzić że się uśmiecha, jego szczęka zrobiła się bardziej kanciasta.
- Gdzie ona jest? - wykrzyczałem z pewnością i nadzieją że nie wyczuje lęku w moim głosie.
Greg wyciągnął zza siebie niską blondynkę. Jak mogłem jej nie zauważyć? No tak, ponieważ jest ciemno jak w dupie, a ona nie wydawała żadnych dźwięków. Trzymał ją za włosy, a ja byłem tak zszokowany, że nie mogłem się ruszyć.
- Puść ją - powiedziałem stanowczo.
- W W11 się bawisz? "Puść ją, puść ją!" - zaśmiał się. Co to W11? Pewnie jeden z tych polskich programów, które ogląda, bo jak sądzi " można się z nich dużo nauczyć, na przykład tego jak sprawić, by śmierć wyglądała jak wypadek, Ty też powinieneś zacząć je oglądać ". Chwilę później uśmiechnął się szerzej, a w ręku trzymał pistolet.
- Gra skończona Hemmings. Pewnie wiesz, że na koniec każdej gry jest zwycięzca, którym jestem ja. Ty przegrałeś.
Usłyszałem huk, a przed moimi oczami zobaczyłem opadające ciało martwej Chelsea. Zawiodłem ją.
- Nie przypiąłeś roweru tym gównem? - Mike jak zawodowo zmienił temat, ale tym razem mu się nie uda.
- On nam grozi, a Ty mi o rowerze gadasz! Iść z Tobą może do lekarza? - to było dla mnie dość dziwne że w większości poważnych sytuacji mogliśmy gadać o swojej głupocie.
- To ja może pójdę do toalety - Eve uśmiechnęła się do mnie mrugając.
- Tak pewnie miłego pobytu w toalecie... - powiedziałam sarkastycznie. Dziewczyna podziękowała i wyszła a ja zostałam z Lukiem sam na sam. Może to dziwne, ale byłam trochę skrępowana tym, że patrzy się na mnie.
- Czemu to zrobiłaś? - no tak, przecież wiedziałam że kiedyś będziemy musieli o tym porozmawiać, bo Luke Robert wszystko wiedzący Hemmings musi znać każdy szczegół z Twojego życia a jeśli nie masz po prostu ochoty go o tym informować gra albo na uczuciach albo nerwach i w taki oto sposób wszytko z Ciebie wyciągnie.
- Przecież dobrze wiesz dlaczego.. - nie miałam ochoty o tym gadać. Jeszcze nie teraz.
- Domyślam się, ale to dla mnie za mało. - milczałam - Rozumiem że nie chcesz o tym gadać prawda? - chciałam coś powiedzieć, ale on zaczął mówić dalej nie czekając na odpowiedź - Bo wiesz tego dnia co wysłałaś do mnie tego sms'a zwyczajnie olałem go, wiele razy już tak pisałaś, a ja wtedy nie byłem w humorze, pokłóciłem się z mamą. Nie wiedziałem że tym razem to prawda, ale j-ja nie chciałem by tak było... Wiem nie jestem zbyt dobrym przyjacielem, znaczy staram się jak tylko mogę ale to mnie czasami przerasta... - z każdym słowem jego głos stawał się cichszy.
- Luke! To nie było przez ciebie jasne? - nie mogłam zrozumieć jak on może myśleć że to przez niego. Chłopak wstał i usiadł na łóżku i..
- Ej! Nie można siadać na łóżkach, zapomniałeś? - zaśmiałam się mimo tej całej sytuacji.
- Pieprzyć to. Chodź tu. - wyciągnął ręce i wciągnął mnie na kolana. - Pamiętasz jak kiedyś przyszłaś do mnie cala zapłakana bo Twój ojciec znów tego chciał? - pokręciłam przecząco głową - a ja tak. Pamiętam też, że myślałem, że go zabiję, eh to znaczy chciałem iść na policję, ale Ty mi nie pozwoliłaś - tak.Wziąłem Cię na kolana tak jak teraz i siedzieliśmy oglądając kreskówki o pingwinach. - byłam w szoku. Myślał, że zabije mojego ojca? Zrobił źle, ale nikt nie zasługuje na śmierć tym bardziej z rąk człowieka.
- Jesteś cudowny, mówiłam ci to już kiedyś? - wtuliłam się w niego i czułam się tak idealnie i słodko, mogłabym tak siedzieć już do końca życia. Desperacko potrzebowałam teraz jego.
- Oczywiście że mówiłaś i to nie raz, w końcu to prawda. - odpowiedział pewnym siebie głosem ale mimo to jego policzki lekko się zaczerwieniły.
- Widzę, że skromność to jedna z Twoich zalet. - zaśmiałam się.
- Mam też wiele innych zalet, a tak na serio to dziękuję.
- Ooo! Czy mnie coś ominęło? Człowiek idzie do toalety na 5 minut przychodzi i zastaje dwójkę ludzi wtulających się w siebie jak kochająca się para. - do sali wpadła Eve z wielkim uśmiechem.
- Ehh proszę Cię przestań. Było mi zimno no i wiesz...
- Noo tak przecież wiem. - przerwała mi brunetka i zaczęła śmiesznie ruszać brwiami co oznaczało, że kompletnie mi nie uwierzyła.
Luke POV
Gdy dziewczyny sprzeczały się o to, która ma racje dostałem sms'a.
Od Mike: Stary potrzebujemy cię tutaj teraz.
Do Mike: Za 30 minut będę.
Od Mike: Nie, za długo. Gdzie jesteś?
Do Mike: U Jenny. Jestem rowerem nie mogę szybciej.
Od Mike: Okej. Za 5 minut przyjadę pod szpital.
- Luke, co ty robisz? - zapytała Jenny z zaciekawioną miną. Zawsze gdy przy niej brałem telefon do ręki to od razu mi go zabierała mówiąc że nie chce mojego uzależnienia i teraz mam spędzać czas z nią. Uśmiechnąłem się na to wspomnienie, w sumie bardzo mi tego brakowało choć czasami bardzo wkurzało.
- Nic. Muszę już iść, widzimy się jutro?
-Tak. Nie mam zamiaru uciekać ani umierać. - zaśmiała się ale gdy zobaczyła moją minę od razu spoważniała.Od kiedy pamiętam mówiła nieodpowiednie rzeczy w nieodpowiednim czasie.
- Ten żart ci nie wyszedł. Pójdę już.
Szukałem swojego pojazdu, gdy Mike podjechał pod wejście główne.
- Czego ty szukasz? Rozumu? A zapomniałem, żeby coś zgubić najpierw trzeba to posiadać - on to zawsze wiedział co powiedzieć, ale nigdy nie był zbyt użyteczny. To znaczy był bardzo mądry i zawsze mi doradzał, ale mógłby prędzej zagadać wroga na śmierć niż po prostu go zabić.
- Zamknij się. Nie wiem gdzie jest mój rower.
- Ty to masz zdolność do gubienia rzeczy - zaśmiał się przyjaciel
- Chyba zajebali mi rower.- powiedziałem z bezradnością w głosie. Kto normalny w biały dzień kradnie rower spod szpitala. Nie był może on wyjątkowo drogi a ja i tak miałem zamiar kupić nowy jednak no to było dziwne.
- Trudno, wsiadaj. Kupisz sobie nowy.
- Oh, no dobra - powiedziałem niechętnie wsiadając do auta.
Usłyszałem warkot silnika, a potem ruszyliśmy z piskiem opon.
- Co było, aż takie ważne? - zapytałem, ale nie odpowiedział - Słyszysz mnie? - znowu cisza - Michael'u Gordon'ie Clifford'zie!
-Dobra słuchaj. Tylko się nie denerwuj. Ja to wszytko odkręcę. - powiedział jedną ręką wykonując ruch jakby chciał się poddać i dając do zrozumienia że on nic nie zrobił.
- Do kurwy Mike, przejdź do rzeczy.- doskonale wiedział że nie jestem osobą z którą można sobie pogrywać i za długo coś zatajać. Wpadam wtedy w szał, nienawidzę tego.
- Greg'owi ukradziono towar. Podejrzewa Ciebie, bo jeden z jego ludzi, a dokładnie Brad, doniósł, że widział Cię jak się tam kręciłeś.- patrzyłem się w przyjaciela i dosłownie nie dowierzałem w to co mówi. Przecież mnie tam nawet nie było od kilku dni a w szczególności wczoraj, siedziałem w domu.
- Co kurwa?- wydarłem się głośniej niż przepuszczałem bo Michael lekko się wystraszył.
- On Ci tego nie odpuści.- uświadomił mi. Przecież on akurat powinien mi wierzyć.
- Do chuja, przecież to nie ja!
- Ja to wiem. Mam złe przeczucie, bardzo złe. Oni wiedzą coś czego nie powinni i mogą to wykorzystać... - w jego głosie można było wyczuć współczucie, mówił cicho jakby bał się to powiedzieć.
- Wysłowiłbyś się. - pośpieszyłem go na co spojrzał na mnie i nerwowo zamrugał, nie lubił jak ktoś go pośpieszał. Wręcz nienawidział tego ale miałem to gdzieś.
- Nie wiedzą kim jest dla Ciebie Jenny, ale wiedzą, że na pewno nie jest Tobie obojętna.
- Co mam do tego Jen? - nie rozumiałem co ona może mieć do tego wszystkiego.
- To, że wychodzi za dwa dni ze szpitala, oni chcą zemsty, a my nie chcemy powtórki. - ta rozmowa zmierzała w bardzo złym dla mnie kierunku, wiedziałem co chce przez to powiedzieć. Że "mam na nią uważać" słyszałem to miliony razy.
- O czym Ty mówisz?
- Już zdążyłeś o niej zapomnieć? Przecież tyle dla Ciebie znaczyła. - powiedział sarkastycznym tonem. Olśniło mnie, przymknąłem oczy gdy poczułem kłucie w sercu. Nadal tęskniłem nigdy nie przestanę.
- Tu będziesz bezpieczna, czekaj tu na mnie, okej? - wyszeptałem do ucha blondynki. Byliśmy w cieśninie pomiędzy dwoma starymi domami.
- Luke?
- Tak?
- Obiecaj mi coś. - powiedziała i nachyliła się do mnie bliżej, mogłem teraz poczuć ten cudowny orzeźwiający zapach jakby wiśni i lasu. Uwielbiałem to.
- Zależy co.
- Obiecaj.
- Dobrze, tylko co? - ona zawsze miała dziwne pomysły, nie wiedziałem o co może chodzić.
- Jeśli coś mi się stanie MUSISZ o mnie zapomnieć. - wyszeptała akcentując niektóre słowa. Poczułem się jakby ktoś uderzył mnie z otwartej ręki w twarz. Była odważną i taką dzielną dziewczyną, zawsze chciała pokazać wszystkim że umie być niezależna.
- Nic Ci się nie stanie. - zapewniłem ją, ale bardziej chyba siebie. Moje serce biło szybko i byłem pewny że Chelsea też może je usłyszeć.
- Wierzę Ci, nie zawiedź mnie. - uśmiechnęła się i szybko mnie pocałowała. Starłem z ust jej malinowy błyszczyk i zaśmiałem się.
- Postaram się. - po tych słowach wkroczyłem do akcji. Wyciągnąłem pistolet i rzuciłem się do biegu. Rozejrzałem się dookoła i ostrożnie uchyliłem drzwi. Już miałem celować kiedy nagle okazało się, że jestem sam. Cholera. Jeśli nie ma ich tu, to znaczy, że...
- Chelsea!
Wszedłem w uliczkę gdzie ją zostawiłem, ale jej tam już nie było wiedziałem że dziewczyna sama by stąd nie odeszła, nie sprawiła by że mógłbym się martwić. Już miałem biec jej szukać, ale na samym końcu ulicy dostrzegłem cień muskularnej sylwetki. To musiał być Greg, od zawsze miałem z nim na pieńku. Skierowałem się w jego stronę, ale on się odwrócił. Przewidział każdy mój ruch.
- No, no, kogo my tu mamy. Sam Lukas Hemmings we własnej osobie długo na Ciebie czekałem. - nawet w słabym świetle mogłem stwierdzić że się uśmiecha, jego szczęka zrobiła się bardziej kanciasta.
- Gdzie ona jest? - wykrzyczałem z pewnością i nadzieją że nie wyczuje lęku w moim głosie.
Greg wyciągnął zza siebie niską blondynkę. Jak mogłem jej nie zauważyć? No tak, ponieważ jest ciemno jak w dupie, a ona nie wydawała żadnych dźwięków. Trzymał ją za włosy, a ja byłem tak zszokowany, że nie mogłem się ruszyć.
- Puść ją - powiedziałem stanowczo.
- W W11 się bawisz? "Puść ją, puść ją!" - zaśmiał się. Co to W11? Pewnie jeden z tych polskich programów, które ogląda, bo jak sądzi " można się z nich dużo nauczyć, na przykład tego jak sprawić, by śmierć wyglądała jak wypadek, Ty też powinieneś zacząć je oglądać ". Chwilę później uśmiechnął się szerzej, a w ręku trzymał pistolet.
- Gra skończona Hemmings. Pewnie wiesz, że na koniec każdej gry jest zwycięzca, którym jestem ja. Ty przegrałeś.
Usłyszałem huk, a przed moimi oczami zobaczyłem opadające ciało martwej Chelsea. Zawiodłem ją.
- Nie przypiąłeś roweru tym gównem? - Mike jak zawodowo zmienił temat, ale tym razem mu się nie uda.
- On nam grozi, a Ty mi o rowerze gadasz! Iść z Tobą może do lekarza? - to było dla mnie dość dziwne że w większości poważnych sytuacji mogliśmy gadać o swojej głupocie.
- I co mu powiesz? Zresztą nie ważne. Teraz jedziemy do chłopaków obmyślić plan.
- Musimy zrobić wszystko, aby ona była bezpieczna. Nie chcę jej stracić Mike...- do moich oczu napłynęły łzy ale szybko je powstrzymałem, nie mogłem dopuścić by coś jej się stało. Była moim oczkiem w głowie.
- Wiem... Mam pytanie, powiedziałeś jej prawdę? - nie odpowiedziałem, więc kontynuował - zwariowałeś?! Okłamujesz ją odkąd się poznaliście! Ile to będzie? Prawie trzy lata? Ile w tym tkwisz? Prawie cztery.
- Nie mogę jej powiedzieć! Ona mnie zabije, wskrzesi, zabije i wskrzesi, by jeszcze raz mnie zabić! Nie chcę jej w to wplątywać, nie chce robić jej z życia piekła. Przecież sam wiesz jak to jest, przerabialiśmy to już. - bałem się. Okropnie się bałem jej powiedzieć ale jeszcze bardziej bałem się tego że już zawsze będzie obracała się za siebie z myślą że ktoś ją śledzi lub chce zabić.
- Czy Ty siebie słyszysz? Jak myślisz jak zareaguje na to, że zostanie porwana przez jakiegoś psychola? Tak chociaż będzie uważała. - miał sporo racji ale nie wiedział że to wszystko jest bardziej skomplikowane.
- Nikt jej nic nie zrobi, nie pozwolę na to, a wy mi w tym pomożecie, prawda?
- Oczywiście, przecież przyjaciół się nie zostawia.
- Dziękuję...
Dalszą drogę przejechaliśmy w milczeniu, w sumie to dobrze nie miałem ochoty na rozmowę. Właśnie się dowiedziałem, że odzyskałem Jen, a teraz mogę ją znowu stracić, tyle że nieodwracalnie. Nie mogę mu na to pozwolić, nie mogę pozwolić na to by znów wygrał. By zabrał mi Jenny.- Musimy zrobić wszystko, aby ona była bezpieczna. Nie chcę jej stracić Mike...- do moich oczu napłynęły łzy ale szybko je powstrzymałem, nie mogłem dopuścić by coś jej się stało. Była moim oczkiem w głowie.
- Wiem... Mam pytanie, powiedziałeś jej prawdę? - nie odpowiedziałem, więc kontynuował - zwariowałeś?! Okłamujesz ją odkąd się poznaliście! Ile to będzie? Prawie trzy lata? Ile w tym tkwisz? Prawie cztery.
- Nie mogę jej powiedzieć! Ona mnie zabije, wskrzesi, zabije i wskrzesi, by jeszcze raz mnie zabić! Nie chcę jej w to wplątywać, nie chce robić jej z życia piekła. Przecież sam wiesz jak to jest, przerabialiśmy to już. - bałem się. Okropnie się bałem jej powiedzieć ale jeszcze bardziej bałem się tego że już zawsze będzie obracała się za siebie z myślą że ktoś ją śledzi lub chce zabić.
- Czy Ty siebie słyszysz? Jak myślisz jak zareaguje na to, że zostanie porwana przez jakiegoś psychola? Tak chociaż będzie uważała. - miał sporo racji ale nie wiedział że to wszystko jest bardziej skomplikowane.
- Nikt jej nic nie zrobi, nie pozwolę na to, a wy mi w tym pomożecie, prawda?
- Oczywiście, przecież przyjaciół się nie zostawia.
- Dziękuję...
____________________________
Na początku chciałam przeprosić, że rozdziały nie są dodawane systematycznie, ale mogę obiecać, że od przyszłego rozdziału to się zmieni. Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, bo to one motywują do dalszej pracy, nawet te negatywne, bo one mówią co trzeba zmienić, aby lepiej się Wam czytało. Przepraszam za wszystkie błędy. Rozdział nie wyszedł do końca tak jak chciałyśmy, ale najgorszy też chyba nie jest. Zresztą ocena należy do was! :) ~ Ola
Ja wiem że rozdział jest dodany po długiej przerwie i chce od razu przeprosić za to. Szczerze to nie myślałam że tak trudno będzie pisać ff w dwie osoby. Każda z nas ma inny styl pisania i inną wizje co stwarza problemy. No nic, mam nadzieję że podoba wam się wygląd bloga. Do następnego rozdziału xx - Julka
Jeśli przeczytałeś/łaś prosimy Cię, abyś zostawił/ła najmniejszy, choćby negatywny komentarz :)