wtorek, 26 sierpnia 2014

Rozdział drugi

Luke POV

*2 godziny wcześniej*
Siedziałem i oglądałem kreskówki jedząc chipsy, gdy nagle zadzwonił telefon. Byłem pewny, że to moi koledzy, którzy od dłuższego czasu próbowali mnie wyciągnąć z domu, ale nie miałem na to nastroju. Oni chcieli mnie jakość podnieść, wprawdzie nie specjalnie im to  wychodziło, ale liczą się dobre chęci. Nie miałem najmniejszej ochoty na to, żeby odebrać, jednak irytował mnie ten telefon więc resztkami sił podniosłem się, a raczej to co ze mnie pozostało.
- Halo? 
- Dzień dobry z tej strony doktor Jenny. Poprosił mnie pan, żebym zadzwonił gdy dziewczyna się obudzi. - nie mogłem uwierzyć w to co mówi.
- Tak, tak dziękuję bardzo - niemal wykrzyczałem ze szczęścia. Coś jeszcze mówił ale odłożyłem słuchawkę i chwilę potem już jechałem rowerem do szpitala. Był oddalony od mojego domu jedyne 20 kilometrów, chyba potrzebuję nowego auta, bo już kilka rozwaliłem. Droga szybko mijała, każda minuta przybliżała mnie do przyjaciółki. Gdy już się znalazłem pod szpitalem czas stanął w miejscu.
Rzuciłem rower na trawę podchodząc bliżej wejścia głównego i wyczekując na karetkę. Wszystkie wspólne chwile przeleciały mi przez głowę. Nagle pojawił się ogromny szum. Głośne syreny, krzyki, płacz..  Wyciąganie noszy z dziewczyną szczelnie przykrytą złotą folią. Z karetki wyszła też zapłakana Pani Morgan, cała się trzęsła, to było straszne. Jeszcze wczoraj byliśmy w kinie i świetnie się bawiliśmy, a teraz? Ona walczy o życie. Jej mama zadzwoniła do mnie trzydzieści minut temu i kazała mi czekać pod szpitalem. Co jej strzeliło do głowy? Ona jest dla mnie cholernie ważna. Wiem o niej niemal wszystko, przynajmniej tak mi się wydaje. Często mi się żaliła, jednak ja nie byłem taki otwarty. Rano dostałem od niej sms " Nie mogę tak dalej. Nie mogę, rozumiesz? Żyć z nadzieją, że wszystko się ułoży. To trudne, nie czekaj, nawet bardzo trudne... Spróbuję to jednak ciągnąć, głównie dla Ciebie i moich przyjaciół, tak, tych internetowych. Dziękuję za wszystko. :)" Nie przejąłem się nim jakoś specjalnie, ponieważ często mi tak pisała. To było ogromny błąd.
- Pani Morgan, co się stało?! - zapytałem ze łzami w oczach, ale nie bardzo obchodziło mnie to, że zachowuję się jak baba.
- Jenny chciała.... Jenny miała próbę samobójczą  - jej głos załamywał się coraz bardziej z każdym wypowiedzianym przez nią słowem - ale  nie przejmuj się, to na pewno nie z Twojej winy.
- Właśnie, że z mojej! Jen napisała do mnie rano, gdybym zareagował to do niczego by nie doszło!
- O czym Ty mówisz?
- Nie ważne. Najwidoczniej była Pani zbyt zajęta pracą i zbyt zapatrzona w swojego kochanego męża.
Nie miałem ochoty na dalszą konwersację z mamą Jenny więc pobiegłem do szpitalnej łazienki.
- Kurwa. Kurwakurwakurwakurwa. KURWA!  Ona mnie potrzebowała, a mnie przy niej nie było. Taki ze mnie wspaniały przyjaciel! - wpadłem w szał i uderzyłem pięścią w lustro, a ono robiło się z hukiem na tysiące kawałeczków - okej, nie dobrze...
Na moje nieszczęście do toalety wszedł lekarz.
- Co tu się stało? -  zapytał widząc moją zakrwawioną dłoń.
- Na prawdę chce Pan wiedzieć co się stało? - zapytałem przymrużając oczy i nie czekając na jego jakąkolwiek reakcję odpowiedziałem - w wielkim skrócie moja przyjaciółka walczy o życie, a  ja jestem kompletnym dupkiem, bo gdyby nie moja lekkomyślność i głupota to by do tego doszło!
- Dobrze, rozumiem, a teraz się uspokój. Może potrzebujesz zasięgnąć porady psychologa? Jeśli chcesz mogę Cię do niego... - nie mogłem go już słuchać.
- Za kogo Pan mnie do kurwy ma?
- Słucham?
-Za kogo Pan mnie do kurwy ma? - powtórzyłem, tym razem z akcentem na każde słowo. - nie potrzebuję żadnego psychologa! Rozumie Pan?! Potrzebuję całej i zdrowej Jenny! TU I TERAZ! - wykrzyczałem i wyszedłem ze szpitala  z zamiarem pójścia do domu i spędzenia reszty dnia  na  kanapie przed telewizorem owinięty kocem i z miską chipsów.
Zostawiłem rower pod budynkiem nie fatygując się przypinaniem go do tego czegoś, nawet nie wiem jak to się nazywa. Spokojnym krokiem  skierowałem się do wejścia głównego, a potem do recepcji.
- Dzień dobry, mogę się dowiedzieć w której sali znajduję się Jenny Morgan?
- Tak, oczywiście, niech Pan poczeka, tylko sprawdzę... - uśmiechnęła się kobieta w podeszłym wieku -  sala 215, trzecie piętro, jeśli pójdzie Pan w lewo, a potem na wprost to znajdzie się  Pan przy windzie.
- Dziękuję.
Znalazłem się pod salą Jen. Do tego momentu w środku skakałem ze szczęścia, ale teraz czuję strach. Strach przed tym, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej.
Cóż, zaraz się okażę, co ma być to będzie - pomyślałem i trzęsącą się ręką pociągnąłem za klamkę.

Jenny POV
Chłopak podszedł do mojego łóżka nawet na mnie nie spoglądając i najzwyczajniej w świecie oparł się o nie. Jego oddech był nierówny i szybki, a twarz czerwona, pewnie biegł. Podniósł z szafki kartę pacjenta dokładnie ją lustrując, a potem przeniósł wzrok na maszyny rejestrujące pracę mojego serca i kroplówki.
Luke, proszę spójrz na mnie.
Miałam wrażenie, że gra na czas i  nie ma zamiaru nawiązać ze mną  kontaktu wzrokowego.
Był lekko zgarbiony i dość wysoki. Ubrany był w szarą koszulkę i obcisłe czarne rurki, które i tak nadal były leciutko luźne na jego kościstych nogach.
-  J-ja myślałem, że Cię stracę..- jego niebieskie oczy momentalnie zaszkliły się, a głos załamał.
 Luke usiadł na moim łóżku i złapał mnie za rękę swoją ciepłą dłonią, jednak ja szybką ją zabrałam, chociaż odebrałam to jako przyjacielski gest.
Jego mina wyrażała zdziwienie, a po jego policzku spłynęła pojedyncza łza.
- C-coś nie tak?
- Nie,  jest w porządku, tylko potrzebuję trochę czasu - próbowałam się uśmiechnąć, ale nie mogłam, ponieważ pierwszy raz odkąd się poznaliśmy widziałam jak on płakał.
- Oh, rozumiem... Czy te wszystkie wspomnienia... - próbował dobrać pasujące słowo, a kiedy je odnalazł wyglądał na nieźle przestraszonego - przepadły?
- Nie! One z czasem wrócą,  już wracają. Co nie co pamiętałam jak się obudziłam, ale to było nie wiele... Zobaczysz, będzie jak dawniej.  -  uśmiechnęłam się.
- Jak  dawniej... - powtórzył chłopak. Po kilku sekundach otworzył buzię z zamiarem powiedzenia czegoś, ale przerwał mu wchodzący doktor.
- Dzień dobry dziewczęta, o i dzień dobry Luke. - uśmiechnął się lekarz - nie wiem czy ktoś Pana o  tym poinformował, ale nie można siadać na łóżka pacjentów.
Luke się zaczerwienił, a jego mina była bezcenna.
- Przepraszam, nie wiedziałem, zapamiętam to - wymamrotał z lekkim poirytowaniem po czym wstał.
- Mam iść na jakieś badania? Jeśli tak to już się zbieram.. - przyzwyczaiłam się do tego jak dwa - trzy razy na dzień musiałam na nie chodzić
- Nie, przyszedłem tylko sprawdzić jak się czujesz, widzę że jest dobrze? - spytał a raczej stwierdził z uśmiechem na twarzy. Na prawdę go bardzo polubiłam.
- Tak, nawet  mnie już głowa nie boli.
-  Mam dla Ciebie dobre wieści. Już niedługo będziesz mogła wyjść ze szpitala - powiedział ignorując moje wcześniejsze słowa i wyszedł. Zostaliśmy we trójkę w niezręcznej ciszy. 
- To ja może pójdę do toalety - Eve uśmiechnęła się do mnie mrugając.
- Tak pewnie miłego pobytu w toalecie... - powiedziałam sarkastycznie. Dziewczyna podziękowała i wyszła a ja zostałam z Lukiem sam na sam. Może to dziwne, ale byłam trochę skrępowana tym, że patrzy się na mnie.
- Czemu to zrobiłaś? - no tak, przecież wiedziałam że kiedyś będziemy musieli o tym porozmawiać, bo Luke Robert wszystko wiedzący Hemmings musi znać każdy szczegół z Twojego życia a jeśli nie masz po prostu ochoty go o tym informować gra albo na uczuciach albo nerwach i w taki oto sposób wszytko z Ciebie wyciągnie.
- Przecież dobrze wiesz dlaczego.. - nie miałam ochoty o tym gadać. Jeszcze nie teraz.
- Domyślam się, ale to dla mnie za mało. - milczałam - Rozumiem że nie chcesz o tym gadać prawda? - chciałam coś powiedzieć, ale on zaczął mówić dalej nie czekając na odpowiedź - Bo wiesz tego dnia co wysłałaś do mnie tego sms'a zwyczajnie olałem go, wiele razy już tak pisałaś, a ja wtedy nie byłem w humorze, pokłóciłem się z mamą. Nie wiedziałem że tym razem to prawda, ale j-ja nie chciałem by tak było... Wiem nie jestem zbyt dobrym przyjacielem, znaczy staram się jak tylko mogę ale to mnie czasami przerasta... - z każdym słowem jego głos stawał się cichszy.
- Luke! To nie było przez ciebie jasne? - nie mogłam zrozumieć jak on może myśleć że to przez niego. Chłopak wstał i usiadł na łóżku i..
- Ej! Nie można siadać na łóżkach, zapomniałeś? - zaśmiałam się mimo tej całej sytuacji.
- Pieprzyć to. Chodź tu. - wyciągnął ręce i wciągnął mnie na kolana. - Pamiętasz jak kiedyś przyszłaś do mnie cala zapłakana bo Twój ojciec znów tego chciał? - pokręciłam przecząco głową - a ja tak. Pamiętam też, że myślałem, że go zabiję, eh to znaczy chciałem iść na policję, ale Ty mi nie pozwoliłaś - tak.Wziąłem Cię na kolana tak jak teraz i siedzieliśmy oglądając kreskówki o pingwinach. - byłam w szoku. Myślał, że zabije mojego ojca? Zrobił źle, ale nikt nie zasługuje na śmierć tym bardziej z rąk człowieka.
- Jesteś cudowny, mówiłam ci to już kiedyś? - wtuliłam się w niego i czułam się tak idealnie i słodko, mogłabym tak siedzieć już do końca życia. Desperacko potrzebowałam teraz jego.
- Oczywiście że mówiłaś i to nie raz, w końcu to prawda. - odpowiedział pewnym siebie głosem ale mimo to jego policzki lekko się zaczerwieniły.
- Widzę, że skromność to jedna z Twoich zalet. - zaśmiałam się.
- Mam też wiele innych zalet, a tak na serio to dziękuję.
- Ooo! Czy mnie coś ominęło? Człowiek idzie do toalety na 5 minut przychodzi i zastaje dwójkę ludzi wtulających się w siebie jak kochająca się para. - do sali wpadła Eve z wielkim uśmiechem.
- Ehh proszę Cię przestań. Było mi zimno no i wiesz...
- Noo tak przecież wiem. - przerwała mi brunetka i zaczęła śmiesznie ruszać brwiami co oznaczało, że kompletnie mi nie uwierzyła. 

Luke POV
Gdy dziewczyny sprzeczały się o to, która ma racje dostałem sms'a.
Od Mike: Stary potrzebujemy cię tutaj teraz.
Do Mike: Za 30 minut będę.
Od Mike: Nie, za długo. Gdzie jesteś?
Do Mike: U Jenny. Jestem rowerem nie mogę szybciej.
Od Mike: Okej. Za 5 minut przyjadę pod szpital.
- Luke, co ty robisz? - zapytała Jenny z zaciekawioną miną. Zawsze gdy przy niej brałem telefon do ręki to od razu mi go zabierała mówiąc że nie chce mojego uzależnienia i teraz mam spędzać czas z nią. Uśmiechnąłem się na to wspomnienie, w sumie bardzo mi tego brakowało choć czasami bardzo wkurzało.
- Nic. Muszę już iść, widzimy się jutro?
-Tak. Nie mam zamiaru uciekać ani umierać. - zaśmiała się ale gdy zobaczyła moją minę od razu spoważniała.Od kiedy pamiętam mówiła nieodpowiednie rzeczy w nieodpowiednim czasie.
- Ten żart ci nie wyszedł. Pójdę już.

Szukałem swojego pojazdu, gdy Mike podjechał pod wejście główne. 
- Czego ty szukasz? Rozumu? A zapomniałem, żeby coś zgubić najpierw trzeba to posiadać - on to zawsze wiedział co powiedzieć, ale nigdy nie był zbyt użyteczny. To znaczy był bardzo mądry i zawsze mi doradzał, ale mógłby prędzej zagadać wroga na śmierć niż po prostu go zabić.
- Zamknij się. Nie wiem gdzie jest mój rower.
- Ty to masz zdolność do gubienia rzeczy - zaśmiał się przyjaciel 
- Chyba zajebali mi rower.- powiedziałem z bezradnością w głosie. Kto normalny w biały dzień kradnie rower spod szpitala. Nie był może on wyjątkowo drogi a ja i tak miałem zamiar kupić nowy jednak no to było dziwne. 
- Trudno, wsiadaj. Kupisz sobie nowy. 
- Oh, no dobra - powiedziałem niechętnie wsiadając do auta.
Usłyszałem warkot silnika, a potem ruszyliśmy z piskiem opon.
- Co było, aż takie ważne? - zapytałem, ale nie odpowiedział - Słyszysz mnie? - znowu cisza - Michael'u Gordon'ie Clifford'zie!
 -Dobra słuchaj. Tylko się nie denerwuj. Ja to wszytko odkręcę. - powiedział jedną ręką wykonując ruch jakby chciał się poddać i dając do zrozumienia że on nic nie zrobił.
- Do kurwy Mike, przejdź do rzeczy.- doskonale wiedział że nie jestem osobą z którą można sobie pogrywać i za długo coś zatajać. Wpadam wtedy w szał, nienawidzę tego.
- Greg'owi ukradziono towar. Podejrzewa Ciebie, bo jeden z jego ludzi, a dokładnie Brad, doniósł, że widział Cię jak się tam kręciłeś.- patrzyłem się w przyjaciela i dosłownie nie dowierzałem w to co mówi. Przecież mnie tam nawet nie było od kilku dni a w szczególności wczoraj, siedziałem w domu.
- Co kurwa?- wydarłem się głośniej niż przepuszczałem bo Michael lekko się wystraszył.
- On Ci tego nie odpuści.- uświadomił mi. Przecież on akurat powinien mi wierzyć.
- Do chuja, przecież to nie ja!
- Ja to wiem. Mam złe przeczucie, bardzo złe. Oni wiedzą coś czego nie powinni i mogą to wykorzystać... - w jego głosie można było wyczuć współczucie, mówił cicho jakby bał się to powiedzieć.
- Wysłowiłbyś się. - pośpieszyłem go na co spojrzał na mnie i nerwowo zamrugał, nie lubił jak ktoś go pośpieszał. Wręcz nienawidział tego ale miałem to gdzieś.
- Nie wiedzą kim jest dla Ciebie Jenny, ale wiedzą, że na pewno nie jest Tobie obojętna.
- Co mam do tego Jen? - nie rozumiałem co ona może mieć do tego wszystkiego.
- To, że wychodzi za dwa dni ze szpitala, oni chcą zemsty, a my nie chcemy powtórki. - ta rozmowa zmierzała w bardzo złym dla mnie kierunku, wiedziałem co chce przez to powiedzieć. Że "mam na nią uważać" słyszałem to miliony razy.
- O czym Ty mówisz?
- Już zdążyłeś o niej zapomnieć?  Przecież tyle dla Ciebie znaczyła. - powiedział sarkastycznym tonem. Olśniło mnie, przymknąłem oczy gdy poczułem kłucie w sercu. Nadal tęskniłem nigdy nie przestanę.


- Tu będziesz bezpieczna, czekaj tu na mnie, okej? - wyszeptałem do ucha blondynki. Byliśmy w cieśninie pomiędzy dwoma starymi domami.
- Luke?
- Tak? 
- Obiecaj mi coś. - powiedziała i nachyliła się do mnie bliżej, mogłem teraz poczuć ten cudowny orzeźwiający zapach jakby wiśni i lasu. Uwielbiałem to.
- Zależy co.
- Obiecaj.
- Dobrze, tylko co? - ona zawsze miała dziwne pomysły, nie wiedziałem o co może chodzić.
- Jeśli coś mi się stanie MUSISZ o mnie zapomnieć. - wyszeptała akcentując niektóre słowa. Poczułem się jakby ktoś uderzył mnie z otwartej ręki w twarz. Była odważną i taką dzielną dziewczyną, zawsze chciała pokazać wszystkim że umie być niezależna.
- Nic Ci się nie stanie. - zapewniłem ją, ale bardziej chyba siebie. Moje serce biło szybko i byłem pewny że Chelsea też może je usłyszeć.
- Wierzę Ci, nie zawiedź mnie. - uśmiechnęła się i szybko mnie pocałowała. Starłem z ust jej malinowy błyszczyk i zaśmiałem się.
- Postaram się. - po tych słowach wkroczyłem do akcji. Wyciągnąłem pistolet i rzuciłem się do biegu. Rozejrzałem się dookoła i ostrożnie uchyliłem drzwi. Już miałem celować kiedy nagle okazało się, że jestem sam. Cholera. Jeśli nie ma ich tu, to znaczy, że...
- Chelsea! 
Wszedłem w uliczkę gdzie ją zostawiłem, ale jej tam już nie było wiedziałem że dziewczyna sama by stąd nie odeszła, nie sprawiła by że mógłbym się martwić. Już miałem biec jej szukać, ale na samym końcu ulicy dostrzegłem cień muskularnej sylwetki. To musiał być Greg, od zawsze miałem z nim na pieńku. Skierowałem się w jego stronę, ale on się odwrócił. Przewidział każdy mój ruch.
- No, no, kogo my tu mamy. Sam Lukas Hemmings we własnej osobie długo na Ciebie czekałem. - nawet w słabym świetle mogłem stwierdzić że się uśmiecha, jego szczęka zrobiła się bardziej kanciasta.
- Gdzie ona jest? - wykrzyczałem z pewnością i nadzieją że nie wyczuje lęku w moim głosie.
Greg wyciągnął zza siebie niską blondynkę. Jak mogłem jej nie zauważyć? No tak, ponieważ jest ciemno jak w dupie, a ona nie wydawała żadnych dźwięków. Trzymał ją za włosy, a ja byłem tak zszokowany, że nie mogłem się ruszyć. 
- Puść ją - powiedziałem stanowczo.
- W W11 się bawisz? "Puść ją, puść ją!" - zaśmiał się. Co to W11? Pewnie jeden z tych polskich programów, które ogląda, bo jak sądzi " można się z nich dużo nauczyć, na przykład tego jak sprawić, by śmierć wyglądała jak wypadek, Ty też powinieneś zacząć je oglądać ". Chwilę później uśmiechnął się szerzej, a w ręku trzymał pistolet.
- Gra skończona Hemmings. Pewnie wiesz, że na koniec każdej gry jest zwycięzca, którym jestem ja. Ty przegrałeś.
Usłyszałem huk, a przed moimi oczami zobaczyłem opadające ciało martwej Chelsea. Zawiodłem ją.

- Nie przypiąłeś roweru tym gównem? - Mike jak zawodowo zmienił temat, ale tym razem mu się nie uda.
- On nam grozi, a Ty mi o rowerze gadasz! Iść z Tobą może do lekarza? - to było dla mnie dość dziwne że w większości poważnych sytuacji mogliśmy gadać o swojej głupocie.
- I co mu powiesz? Zresztą nie ważne. Teraz jedziemy do chłopaków obmyślić plan.
- Musimy zrobić wszystko, aby ona była bezpieczna. Nie chcę jej stracić Mike...- do moich oczu napłynęły łzy ale szybko je powstrzymałem, nie mogłem dopuścić by coś jej się stało. Była moim oczkiem w głowie.
- Wiem... Mam pytanie, powiedziałeś jej prawdę? - nie odpowiedziałem, więc kontynuował - zwariowałeś?! Okłamujesz ją odkąd się poznaliście! Ile to będzie? Prawie trzy lata? Ile w tym tkwisz? Prawie cztery.
- Nie mogę jej powiedzieć! Ona mnie zabije, wskrzesi, zabije i wskrzesi, by jeszcze raz mnie zabić! Nie chcę jej w to wplątywać, nie chce robić jej z życia piekła. Przecież sam wiesz jak to jest, przerabialiśmy to już. - bałem się. Okropnie się bałem jej powiedzieć ale jeszcze bardziej bałem się tego że już zawsze będzie obracała się za siebie z myślą że ktoś ją śledzi lub chce zabić.
- Czy Ty siebie słyszysz? Jak myślisz jak zareaguje na to, że zostanie porwana przez jakiegoś psychola? Tak chociaż będzie uważała. - miał sporo racji ale nie wiedział że to wszystko jest bardziej skomplikowane.
- Nikt jej nic nie zrobi, nie pozwolę na to, a wy mi w tym pomożecie, prawda?
- Oczywiście, przecież przyjaciół się nie zostawia.
- Dziękuję...
Dalszą drogę przejechaliśmy w milczeniu, w sumie to dobrze nie miałem ochoty na rozmowę. Właśnie się dowiedziałem, że odzyskałem Jen, a teraz mogę ją znowu stracić, tyle że nieodwracalnie. Nie mogę mu na to pozwolić, nie mogę pozwolić na to by znów wygrał. By zabrał mi Jenny.
____________________________
Na początku chciałam przeprosić, że rozdziały nie są dodawane systematycznie, ale mogę obiecać, że od przyszłego rozdziału to się zmieni. Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, bo to one motywują do dalszej pracy, nawet te negatywne, bo one mówią co trzeba zmienić, aby lepiej się Wam czytało. Przepraszam za wszystkie błędy. Rozdział nie wyszedł do końca tak jak chciałyśmy, ale najgorszy też chyba nie jest. Zresztą ocena należy do was! :) ~ Ola

Ja wiem że rozdział jest dodany po długiej przerwie i chce od razu przeprosić za to. Szczerze to nie myślałam że tak trudno będzie pisać ff w dwie osoby. Każda z nas ma inny styl pisania i inną wizje co stwarza problemy. No nic, mam nadzieję że podoba wam się wygląd bloga. Do następnego rozdziału xx - Julka 

Jeśli przeczytałeś/łaś prosimy Cię, abyś zostawił/ła najmniejszy, choćby negatywny komentarz :)







niedziela, 3 sierpnia 2014

Rozdział pierwszy

Obudziło mnie krzątanie się pielęgniarek po sali. Kręciły się po drugiej stronie pokoju, gdzie w kącie stało puste łóżko.
- Dzień dobry, coś się dzieje? - powiedziałam zaskoczona.
- Dzień dobry, mamy dla ciebie niespodziankę. Będziesz miała współlokatorkę, zaraz powinna przyjść.- powiedziała kobieta. Chwile potem do sali weszła niska dziewczyna
- Cześć, jestem Eve, a ty?
- Z tego co pamiętam nazywam się Jenny.- w jej zielonych oczach ujrzałam zakłopotanie, wyraźnie nie wiedziała co powiedzieć.
-Tak dobrze zapamiętałaś Jenny, Jenny Morgan. Co jeszcze wiesz? - wtrąciła jedna z pielęgniarek. Na jej twarzy pokrytej wieloma zmarszczkami widniał serdeczny uśmiech. Kobieta była w średnim wieku, ciemne loki opadały na jej ramiona a zielone oczy błyszczały, gdy się na nią patrzyło można było stwierdzić że kochała to co robi.
- Hm... mieszkam  w Sydney, mam osiemnaście lat, moim rodzice to Alice i John.- tego byłam stuprocentowo pewna, w jednej chwili prze moimi oczyma zaczęły migać różne wydarzenia z mojego życia.

Były moje dziesiąte urodziny, zaprosiłam całą klasę, a moja mama kupiła mi tort z myszką Minnie, byłam taka szczęśliwa. Miałam na sobie różową sukienkę, był to wtedy mój ulubiony kolor, zwykle rozczochrane włosy tym razem były upięte w kucyka. Spojrzałam na zegar, ponieważ zaczął bić, oznaczało to, że jest godzina dwunasta.
 - Mamo, mamo! Goście zaraz przyjdą. To będą najlepsze urodziny w moim życiu! -wykrzyczałam uradowana.
- Oh córeczko, to z pewnością będą wspaniałe urodziny, ale na pewno nie w całym życiu, przecież całe jeszcze przed tobą. - posłała mi ciepły uśmiech kiedy nagle rozbrzmiał dzwonek do drzwi.

Pielęgniarka spojrzała w moją kartotekę - Hmnn wszystko się zgadza.- na jej twarzy zagościł uśmiech -  zaraz powinien zjawić się lekarz. - dodała po chwili, kładąc tacę na szafce obok mojego łóżka i wyszła. Kątem oka widziałam jak Eve mi się przygląda, więc odwróciłam się w stronę dużego okna, które zajmowało pół ściany. Nie to, że nie chciałam z nią rozmawiać, ale czułam się niezręcznie w tej sytuacji. Obserwowałam obraz za szybą, mogłam wywnioskować, że była wiosna, a obok szpitala znajduje się duży, dziwnie znajomy mi park. Przyglądałam się mu przez dobre parę minut, gdy nagle usłyszałam otwierające się drzwi.
- Witajcie dziewczyny. Jenny jak się czujesz? - mężczyzna koło pięćdziesiątki, okularami na nosie i siwymi włosami zwrócił się do mnie, gdyż Eve rozmawiała z przejęciem przez telefon.
- Dobrze, tylko trochę boli mnie głowa.
- To nic dziwnego, nie martw się. Długo byłaś w śpiączce, nie długo to powinno przejść.
- Wiem że to może dziwnie zabrzmieć, ale nie za bardzo pamiętam jak do tego doszło.
- Twoja mama znalazła cię na podłodze w łazience, połknęłaś bardzo dużo tabletek. Niestety zakrztusiłaś się i nastąpiły komplikacje zapadłaś w śpiączkę byłaś w niej osiem miesięcy. Twój stan był stabilny jednak i tak się nie budziłaś. Teraz przyjmujesz leki, które powinny sprawić że poczujesz się lepiej i wszystko wróci do normy. Musisz tylko dużo odpoczywać... - starałam się zapamiętać jak najwięcej. Wszystko tworzyło się w jedną całość. - A i jeszcze jedno twoi bliscy czekają na korytarzu, możesz do nich iść.
- Przypomnę sobie wszystko?
- Tak, tak z czasem wszystko powinnaś sobie przypomnieć. – po tych słowach kamień spadł mi z serca. – Jeśli będziesz miała jakieś pytania to śmiało.- mężczyzna uśmiechnął się miło i odszedł do zielonookiej. Z jednej strony bardzo cieszę się, że dowiedziałam się kilku naprawdę istotnych informacji, a z drugiej mam teraz jeszcze więcej pytań. Musiałam iść do moich rodziców.
Gdy tylko podniosłam się do pozycji siedzącej złapałam się za głowę ponieważ odczuwałam duże zawroty. Lekarz to chyba zauważył, bo podszedł do mnie. – Zawroty? – kiwnęłam głową – to normalne, długo leżałaś, zawołam pielęgniarkę, ona ci pomoże.
Po paru minutach siostra przyszła i pomogła mi wstać. Było ciężko, moje nogi odmawiały posłuszeństwa zupełnie jakby były z waty, a przed oczami pojawiały się czarne plamki, które po chwili zanikały i znów pojawiały nowe. Po paru krokach, gdy już znaleźliśmy się na korytarz usiadłam na krześle i poczułam ulgę. Rozejrzałam się dookoła lecz nikogo nie było. Mocno oświetlone korytarze ciągnęły się bez końca, a podłoga była pokryta lśniącymi, białymi kafelkami. Rzeczą która była charakterystyczna w tym miejscu były ogromne okna zastępujące ściany. Szpital z pewnością należał do tych nowoczesnych i zadbanych. Na ścianach między drzwiami do sal były obrazki przedstawiające krajobrazy. Niektóre były mi bardzo znane.
-  O witaj córeczko! Jak się czujesz? Przed chwilą rozmawialiśmy z lekarzem,  podobno bardzo bolała cię głowa, już lepiej?
- Cześć mamo, nadal boli, ale już znacznie mniej, a po za tym wszystko w porządku.
- Oh, jestem taka szczęśliwa, że w końcu się obudziłaś!
- Ja też... - wyszeptałam, a moja mama mnie przytuliła.
- Słyszałam, że masz współlokatorkę, Eve, prawda?
- Tak to prawda.
- Jaka jest? Rozmawiałyście już?
- Niska zielonooka brunetka, z tego co wywnioskowałam po jej godzinnych rozmowach przez telefon jest bardzo otwartą i pozytywną osobą. - zaśmiałam się, po czym wymieniłyśmy z moim tatą spojrzenia, jego oczy były puste, nie okazywały żadnych uczuć, ani szczęścia, ani smutku, zresztą tak samo jak on. Chyba przychodzi tu tylko dla matki, z tego co pamiętam, większość czasu przepracowywał, a jak wracał to siadał przed telewizor, albo wychodził na piwo z kolegami. Nic go nie obchodziło, oprócz meczy, pracy, telewizji i oglądaniem się za kobietami oczywiście. Podczas przyglądania się, zauważyłam na jego czole bliznę i wtedy mnie olśniło.
Miałam piętnaście lat. Ubrana w czarne obcisłe rurki, zwykłą białą bokserkę i różowy sweter. Włosy, wtedy krótkie, były rozpuszczone. Czekałam na ojca, aż przyjdzie z tej pieprzonej pracy gdzie mają bardzo pociągające młode stażystki, czyli typ mojego taty. Nigdy nie miałam z nim dobrych kontaktów , ale odkąd mama znalazła go w łóżku z inną "kobietą", choć nie wiem czy można tak nazwać siedemnastolatkę, znienawidziłam go. Usłyszałam otwierające się drzwi więc odwróciłam głowę w ich stronę i ujrzałam nieźle wystawionego, co można poznać po sposobie chodzenia, mojego ojca. Wstałam z zamiarem podejścia do lodówki, a gdy już do niej doszłam zostałam dociśnięta do blatu przez ciężar mojego ojca.
- Jesteś taka bezbronna córeczko ...- wybełkotał.
-Zostaw mnie! - zaczęłam się szarpać, ale on nawet pijany był silniejszy ode mnie.
-Nie mam takiego zamiaru, chcę się tylko zabawić...
- Puść mnie !! - okładałam pięściami jego tors, ale w końcu się poddałam. Po chwili wpadłam na pomysł, naprawdę nie chciałam tego robić, ale byłam zmuszona. Sięgnęłam po szklaną butelkę i z całej siły uderzyłam w jego skroń, po chwili z rany zaczęła ciec krew. Złapał się za głowę, a jego błękitno-zielone oczy przybrały ciemniejszą barwę. Widziałam w nich tylko gniew i chęć zadania mi takiego samego bólu.
- Ty szmato! Pożałujesz! - po tych słowach dostałam w twarz z otwartej ręki, uderzone miejsce od razu zaczęło strasznie piec i na sto procent było czerwone. Kopnęłam go w krocze, na co złapał się za to miejsce. Natychmiast zerwałam się do ucieczki. Kiedy ubiegłam parę metrów usłyszałam "znajdę cie mala suko!" Tak strasznie się bałam. Po paru minutach wycieńczona usiadłam na ławce w parku. Zostałam tam dobre parę godzin i płakałam. Zmęczona tym wszystkim położyłam się na ławce i zasnęłam. Obudziłam się w łóżku, jednak nie moim. Rozglądałam się po pokoju i dostrzegłam stojącego w oknie chłopaka.
- Przywieźliśmy ci trochę ciuchów i innych najpotrzebniejszych rzeczy. Potrzebujesz jeszcze czegoś? - moje rozmyślania przerwała mama. Byłam jej bardzo wdzięczna z tego powodu. Spojrzałam na "Ojca" po tym co mi zrobił i tak miałam wystarczająco dużo szacunku by tak o nim mówić. Brzydziłam się nim. Facet z pozoru pogodny, przystojny a w rzeczywistości taki potwór który chciał zrobić krzywdę swojej jedynej córce.
- Nie, nic mi nie potrzeba mamo. - uśmiechnęłam się słabo akcentując ostatnie słowo.
- To my już będziemy iść, praca czeka. Wpadniemy wieczorem lub jutro. - Pożegnałam się z nimi oschłym "cześć". Ich zachowanie można było określić na dość zimne. To małżeństwo na pierwszy rzut oka nie było idealne, mógł to zauważyć każdy.
- Zapraszam panią na badania. - jedna z pielęgniarek kazała mi wsiąść na wózek. Po ok. 10 minutach byłam już pod salą gdzie miały się one odbyć. Szpital był naprawę duży, wiele wind, sal a jeszcze więcej korytarzy które wiły się w każdą stronę. Jak ci ludzie się tu nie gubili, ja po paru metrach już straciłam orientację.  Po skończonych badaniach wróciłam do pokoju.
-O cześć Jenny! - uśmiechnęła się do mnie brunetka.
- Hej Eve, jak się czujesz? - wymusiłam uśmiech, cały czas krążyło mi po głowie to wspomnienie.
- A dobrze, ale z tego co widzę to Ty nie za bardzo.
- To nic takiego.
- Dawaj, mi możesz powiedzieć, obiecuje, że zostanie to między nami.
Nie wiem czy powinnam ufać osobie, której znam jedynie imię, ale zrobiłam to, najwyżej będę żałować. Opowiadałam jej wszystko co wiem, a ona wysłuchiwała ze skupieniem z bardzo smutną miną. Na koniec mojej przemowy przytuliła mnie z całych sił, a ja schowałam głowę w jej ramieniu i zaczęłam płakać, bo wcześniej nie wypadało.
- Nie boisz się przebywać w towarzystwie twojego ojca? - zaczęła zielonooka, po tym gdy uwolniła mnie z uścisku
- N-n-nie wiem, na pewno czuję się źle kiedy jesteśmy razem w jednym pokoju, ale chyba nie powinien mi nic zrobić na oczach mamy...
-Oh, nie martw się, jeśli chcesz to mogę być wtedy z tobą - uśmiechnęła, na co i ja odpowiedziałam z uśmiechem.
- Nie, nie trzeba. Nie chcę Cię w to wplątywać.
- Nie mam nic ciekawszego do roboty. No dawaj, poznamy się trochę lepiej.
- Oh, no dobrze. - uśmiechnęłam się, myślę, że z Eve nie będzie mi się nudziło. Brunetka zaczęła mi o sobie opowiadać, dowiedziałam się, że ma dziewiętnaście lat, jej rodzice są rozwiedzeni, mieszka z matką w Sydney i ma młodszego brata, który mieszka z jej tatą. Opowieść brunetki przerwały otwierające się drzwi. Do sali wszedł blondyn z mojego wspomnienia. Jak on miał na imię... Lewis? Louis?
-Luke... - wyszeptałam po dłuższym namyśle.
______________________________________
O to pierwszy rozdział :) Mamy świadomość, że nie wyszedł najlepiej, ale z czasem będzie coraz ciekawiej. Bardzo dziękujemy za wszystkie komentarze pod prologiem. Naprawdę przepraszamy za wszelkie błędy.

 Przepraszam, przepraszam bardzo! Pierwszy rozdział a ja już przepraszam, nieźle się zapowiada (wyczuwacie ten sarkazm?). Było to pisane pod presją czasu i pomiędzy nami doszło też do poważniejszego spięcia :/ Ogólnie nawet mi nie szczególnie podoba się ten rozdział jednak będzie coraz lepiej - to mogę obiecać i chyba Olcia też (tak ma na imię 2 autorka). Dziękujemy za każdy jeden komentarz który dodaje wiary w siebie i w to co robisz. Ogólnie to mój pierwszy ff więc jest moim maleńkim oczkiem w głowie :)
Mamy nadzieje że was nie zniechęciłyśmy do dalszego czytania xx